Jest taka scena w 3/4 długości filmu, kiedy Andrew z Fletcherem siedzą w knajpie.

F: (…)Nie ma bardziej krzywdzącego wyrażenia niż „dobra robota”.

A: jest jakaś granica? No wiesz… może poszedłeś za daleko i zniechęciłeś kolejnego Parkera?

F: Nie, stary. Bo następny Charlie Parker nigdy by nie odpuścił.

Znam przebieg tej rozmowy. Bywa, że odbywam podobną sama ze sobą. Częściej jestem Andrew, czasami Fletcherem. Lubię szukać w miejscach, wydarzeniach, utworach muzycznych czy filmach pierwiastku, wskazującego, że dzieło to zostało stworzone bezpośrednio dla mnie. W Whiplash pierwiastkiem tym był fragment rozmowy. Rozmowy ucznia z mentorem.

Film zachwyca od pierwszych minut i trzyma w napięciu do ostatniej sekundy. Dosłownie. Fletcher jako charyzmatyczny dyrygent wzbudza całą gamę emocji – od nienawiści, poprzez współczucie, aż do miłości. Jonathan Simmons, który wcielił się w jego rolę, moim – mimo, że amatorskim – zdaniem zrobił to bezbłędnie.

Jest coś erotycznego w sposobie przekazywania muzyki przez młodego chłopaka. I w jego obsesyjnym pragnieniu bycia wielkim. Wzruszyła mnie do łez historia o przekraczaniu granic, którą obaj Panowie tak rewelacyjnie zaprezentowali. Obaj.

Ps. Bardzo się cieszę, że ceremonia rozdania Oscarów wciąż – od tylu lat – wskazuje taki wysoki poziom, że nominacje większości filmów mają w sobie pierwiastek moralny – który uczy i inspiruje miliony ludzi.
Cieszy mnie, że aby wygrać Oskara w jakiejkolwiek dziedzinie potrzeba poruszyć miliony serc, wydobyć z ludzi pragnienia pogrzebane głęboko w sercu. Kontrowersję i układy polityczne zostawmy tam, gdzie ich miejsce – na konkursie Eurowizji.