– wiesz jaki on jest beznadziejny? – powiedziała, ze śmiechem malującym się na twarzy, moja koleżanka.tyle lat za nim wzdychałam, marzyłam o tym, by się we mnie zakochał, wyobrażałam sobie jak się całujemy, jak stanowczo i namiętnie zrywa ze mnie ubrania…  Zagadał do mnie jakiś czas temu, burak! Myślałam, że umrę ze szczęścia, chciałam mu zaproponować wspólne selfie, po to tylko, żeby za chwilę rozesłać je wszystkim znajomym. Ale wystarczyło 30 minut, by moje marzenia szlag trafił. Ciągle nawijał o swojej zajebistości. O tym, co zrobił, gdzie był, ile bierze na klatę. Wiesz, że przez te pół godziny, ani razu nie skupił się na mnie?
Co za strata czasu. Co za okrutna strata czasu…
Ciągnie nas do nowości. Ani to informacja specjalnie nowa, ani wybitnie fascynująca. Tak po prostu jest. Kropka.
To, co nowe wydaje się lepsze. Zmieniamy więc facetów i kobity na lepszy model, pracę albo swoje otoczenie wierząc, że krok ten to wstęp do nowego – lepszego – życia.
Moje stanowisko w kwestii nowości jest trochę sprzeczne.
Z jednej strony uważam, że nie ma sensu trwać w czymś, co nas wypala. Jeżeli praca nie dostarcza wrażeń i nas nie rozwija, warto szukać czegoś lepszego. Jeżeli to otoczenie i środowisko, w którym żyjemy sprawia, że nic nam się nie chcę, należy coś z tym zrobić, uciec gdzieś, poznać nowe smaki i kultury. Nie musimy i nie powinniśmy trwać w tym, co znamy tylko dlatego, że to znamy.
A więc z powodu poczucia wewnętrznego bezpieczeństwa.
Zmieniajmy. Poznawajmy. Uczmy się.
Pamiętam jak dwa lata temu pakowałam walizki do Anglii. Miałam tam spędzić kolejnych 8 miesięcy. Finansowo zabezpieczyłam się na jakieś 2 tygodnie. Byłam co prawda w o tyle komfortowej sytuacji, że Melancholik od miesiąca czekał na mój przyjazd i zorientował się w kilku kluczowych sprawach – gdzie jest centrum, gdzie sklepy, jak poruszać się po miasteczku, w którym się zatrzymaliśmy.
Ja natomiast nie miałam pojęcia jak szybko i czy w ogóle znajdę pracę. Prawdę mówiąc wszyscy dokoła mówili, że w Anglii nie tak łatwo o zatrudnienie. Znajomi chwilę przede mną wrócili, bo miesiącami nic nie mogli znaleźć. Liczyłam się z tym, że i ja mogę wrócić z podkulonym ogonem.
Te wszystkie emocje, które wówczas odczuwałam były mi niesamowicie potrzebne. Wprowadziły w moją codzienność trochę świeżości i adrenaliny. I bardzo się cieszę, że miałam możliwość przeżycia tego wszystkiego. Jestem przekonana, że dziś postąpiłabym dokładnie tak samo, bo ten wyjazd spowodował ogromną rewolucje w postrzeganiu przeze mnie życia.
Że jest ono szansą, którą – licząc się z ryzykiem – wykorzystasz, albo do końca życia będziesz zbierał ochłapy. Chcę tak traktować własne życie. Chcę… naprawdę chcę je wycisnąć do cna.
Jeżeli będzie się to wiązało z totalną reorganizacją mojego życia, to jestem na to gotowa.
Przy okazji innego wpisu podzielę się z Wami wrażeniami dotyczącymi tego wyjazdu, bo to ciekawa historia, ale póki co przejdźmy do drugiej strony medalu w kwestii nowości.
Kiedy chęć “nowości” w naszym życiu może okazać się zgubna?
– … bez przerwy robi mi jakieś niespodzianki! Wczoraj np. wysłał mi kurierem kwiaty, a jutro jedziemy nad polskie morze. Uparł się, bo miesiąc temu powiedziałam mu, że go nigdy nie widziałam. Mówię Ci… jak on o mnie zabiega. Ciągle powtarza, że jestem jego królewną, na którą czekał całe życie.
Jeżeli trwamy w długich związkach, w których coś nie działa, to bardzo łatwo jest po takich słowach wpaść w dołek i zatęsknić w swoim życiu za podobnymi wrażeniami.
Bo nasz mężczyzna woli oglądać telewizję, zamiast zaproponować spacer i od lat kwiatków nie kupił, a ostatnie “kocham Cię” wypowiedział wieki temu i to po alkoholu…, więc nawet nie wiadomo co miał na myśli.
Porównywanie swojego związku do tych, które dopiero zaczynają się formować to ZAWSZE ślepy zaułek. Nie dlatego, że jesteśmy nieszczęśliwi i w głębi serca marzymy o ciągłych podnietach, których w początkowym okresie nie brakuje, a dlatego, że w długim związku inne kwestie stanowią podstawy bycia razem. Pragnienia fizycznych doznań, ustępują miejsca potrzebie mentalnej i duchowej zgodności.
Czy to znaczy, że będąc matkami i żonami nie chcemy być równocześnie kochankami? Mogę się mylić, ale jestem niemal pewna, że tak nie jest. Te naturalne i dziewczęce pragnienia naszych serc ciągle w nas są. Może trochę uśpione, ale są.
Wsłuchując się więc w słowa osoby wchodzącej w etap tych pierwszych uniesień, odzywa się w nas pragnienie bycia TAK piękną w oczach mężczyzny i TAK pożądaną. Chcemy, by całując nasze wargi, nie był w stanie złapać tchu. I byśmy my nie mogły.
W dalszym ciągu wierzymy, że jesteśmy kobietami, o które się walczy i zabiega.
I o ile to dobrze, jeśli po rozmowie z takim zakochanym gołąbkiem, chcemy wnieść ten podmuch świeżości we własne związki, o tyle źle, jeśli wówczas pojawia się w nas pragnienie rozpoczęcia czegoś nowego. Czegoś nieznanego.
Wiadomo, że są sytuacje, kiedy taka rozmowa może okazać się punktem zapalnym w Twoim życiu, dzięki któremu uświadomisz sobie, że wcale nie jesteś szczęśliwa w relacji, którą tworzysz. Najwyższy czas ją skończyć i dostać w końcu od życia to, na co tak czekasz.”
Czy mogłabym powiedzieć, że to niewłaściwe wnioski? Oczywiście, że nie. To jest tak bardzo indywidualna sfera, że sami najlepiej wiemy, czy warto inwestować (oj, w kontekście związku inwestowanie to takie brzydkie słowo…) czas, emocje i zaangażowanie w ten związek, czy może to najlepszy moment, żeby odpuścić.
Nikt nie odpowie na to pytanie lepiej, niż Twoje serce.
Ale! Nie daj się wpuścić w maliny. Prawdziwy i głęboki związek to nie podniety. A początkowe podniety nie zawsze prowadzą do stworzenia fajnego związku, o jakim marzysz. Bardzo często popełniamy klasyczny błąd – porównujemy to, co udało nam się wypracować przez wiele lat do tego, co dopiero się kształtuje.
To droga donikąd. Emocje, które w nas siedzą na każdym etapie związku są zupełnie różne. Nie – słabsze, albo silniejsze. Po prostu różne.
Na początku jesteśmy niepewni siebie, zachłanni – chcemy już, teraz, szybko. Wszystko, co się wówczas dzieje ma związek z gwałtownością naszych serc.
Po czasie związek nabiera stabilizacji, zaczynamy w innych kategoriach postrzegać Miłość. Staje się ona mniej uczuciem, a bardziej stanem.
Nie znam. Pożądam.
Pierwsze pożądanie to coś pięknego, coś absolutnie niezwykłego.
I nie jest tak, że po latach przestaje nam na tym zależeć, chodzi o to, że z czasem żyjemy czymś zupełnie innym. Skupiamy się na innych sferach i chcąc-niechcąc doprowadzamy do uśpienia tej gwałtowności, którą w sercu mamy.
To normalne jeśli zakochany gołąbek wzbudza w Tobie skrajne emocje. To znaczy, że żyjesz!
Ale nie zawsze oznacza, że w związku, który tworzysz, jesteś nieszczęśliwa.
Obudź w sobie i swoim mężczyźnie emocje, które śpią.
Bo bardzo często…
Pożądamy to, czego nie znamy i nie znamy tego, co pożądamy.