“Nikt nie będzie mi mówił, jak mam żyć, bo nikt za mnie nie umrze.”
Człowiek z blizną.

Wiejski tryb życia ostatnich kilku dni, wywołał we mnie refleksję na temat tego, o czym usłyszałam przed dwoma laty.
— nie byłam podczas Wielkanocy w kościele.
— dlaczego?
— bo babcia mojego faceta zapytała czy idę do komunii i jak powiedziałam, że nie, to zabroniła mi uczestniczyć we mszy św… Co ludzie powiedzą? – lamentowała.
Nie chcę komentować samego zachowania tej pani, nie zależy mi również na szerzeniu złej opinii o chrześcijaństwie – bo sama jestem chrześcijanką i wiem, że oszołomów można znaleźć absolutnie wszędzie.
Chodzi mi głównie o postawę koleżanki podczas rozmowy.
Ja rozumiem fakty. Bo fakty są takie: ona przyjechała na okres świąt wielkanocnych do swojego chłopaka – na wioskę, spędziła kilka dni w jego rodzinnym domu. Wspólne śniadanka, obiadki i kolacyjki z przyszłą teściową, która w tamtym czasie była mniej przyszła, niż jest teraz – a więc większy dystans między paniami.
Rozumiem nawet postawę dostosowywania się do wymogów – jesteś u kogoś, więc zachowuj się tak, jak ktoś sobie tego życzy.
To, czego nie potrafię zrozumieć to przyzwolenia, że ktoś obcy zdecydował za nią w jaki sposób spędzi to wydarzenie. Szczególnie, że Wielkanoc to nie jest jakiś tam jarmarczny odpust w Jej pojęciu.
Kiedyś spotkałam się z historią dziewczyny, która wbrew sobie, zgodziła się na ślub w cerkwi – bo jej narzeczony (dziś mąż) jest wyznania prawosławnego i jego rodzinie nie podobał się pomysł, by to on brał ślub w kościele.
W natłoku wydarzeń i od nadmiaru stresu, dziewczyna przystała na tę sugestię ze strony przyszłych teściów, a dzisiaj pluje sobie z tego powodu w brodę.
— to była najgłupsza decyzja, jaką w życiu podjęłam. – powiedziała.
Później podczas wymiany zdań na ten temat dodała, że znacznie bardziej boli ją fakt, że KTOŚ zadecydował za nią, niż że ślub odbył się w cerkwi, a nie w kościele, bo być może sama świadomie podjęłaby dokładnie taką samą decyzję.
Sama jestem w trakcie przygotowań do ślubu i jakoś trudno wyobrazić mi sobie, że to rodzice decydują na temat fundamentalnych dla nas spraw.
A nawet nie fundamentalnych, nawet tak prozaicznych jak lista gości czy miejsce wesela.
Pisałam kiedyś w tekście: Mamo, tato – zaufaj mi o tym, że każdy z nas powinien swoje życie przeżyć po swojemu, zaznać własnych porażek – uczyć się na nich.
Niech rodzice nas wspierają, budują naszą wartość, w razie potrzeby niech stoją za plecami i amortyzują nasze upadki, ale na litość boską, niech nie decydują o tym, jak mamy prowadzić własne życie.
Znajomi i obcy ludzie tym bardziej.
Bo przecież, parafrazując słowa Ala Pacino w filmie “Człowiek z blizną” – do jasnej cholery, nikt poza Tobą, za Ciebie nie umrze.
Zdjęcie: Victoria Nevland

***

To, co ważne, dzieje się na facebooku.