Restauracja. Właśnie rozmawiamy na temat wesela.
– czy ciasta również robicie, Państwo, sami?
– Tak – odpowiada urocza Właścicielka ośrodka.
– Jakie na przykład? – dopytuje Melancholik.
Właścicielka opowiada o przepysznie brzmiących ciastach, a ja powstrzymuję się od parsknięcia gromkim śmiechem, bo Melancholik właśnie odpływa.
– Narzeczonego już Pani kupiła.- śmiejemy się.
– Marta… ! – krzyczy nagle do kelnerki krążącej wokół stolików – przynieś nam, proszę, ciasta – tu wymienia różne nazwy i instruuje gdzie dokładnie powinny się znajdować. Kelnerka posłusznie kiwa głową i odchodzi.
Nie ma jej przez kilkanaście minut, podczas których rozmawiamy luźno na tematy wesela i śmiejemy się z różnych zabawnych historyjek, którymi Właścicielka umila nam czas.
Wraca ona – Marta. Rozstawia wokół nas talerzyki i widelce – niepotrzebne zawinięte w jakiś papier, który na chwilę udawał ekskluzywną serwetę, a na środek stolika wystawia talerz z pokrojonymi kawałeczkami ciasta.
– Zupełnie nie o to mi chodziło, Marta – komentuje życzliwie, ale stanowczo Właścicielka. – zabieraj mi to stąd szybko – dodaje. Proszę chwilkę poczekać, ona jest tu nowa. – zwraca się do nas, po czym szybciutko w towarzystwie wystraszonej dziewczynki, się oddala.
Kątem oka dostrzegam, że daje jej reprymendę. Myślę, że słusznie, bo poza tym, że kelnerka zupełnie nie poradziła sobie z zapamiętaniem ciast, o które chwilę wcześniej poprosiła ją szefowa, to jeszcze stół nakryła przed nami jak do jakiegoś obiadu (po co mi do ciasta nóż i widelec?). Niemniej, jest nowa. A nowym wszystko się wybacza.
– dlatego właśnie nie chciałabym być kelnerką.- zwróciłam się szeptem do Narzeczonego.
– dlaczego? – dziwi się. Przewracam oczami, bo to typowe dla Melancholika – nie analizuje tego, co się dokoła niego dzieje, nic nie widzi. Wszystko później muszę Mu opowiadać tak, jakby Go w ogóle nie było na miejscu zdarzenia…

Dlaczego nie zostałam kelnerką?

Przez 4 lata uczyłam się w szkole gastronomicznej o kierunku: technik kelner. Bardzo dobrze wspominam ten okres. Poznałam wielu niesamowitych ludzi – to głównie z tego okresu mam najwięcej zachowanych znajomości. Nauczyłam się podstaw tego, jak funkcjonują hotele i restauracje oraz zrozumiałam, że moja przyszłość na zawsze powinna być związana z gastronomią.

– jako hotelowy gość i stały klient najfajniejszych restauracji Polski i świata…. 🙂

Mimo niesamowicie spędzonego czasu i tych wszystkich wspomnień, które zachowam na długo, pomysł by uczyć się na kelnerkę był jednym z najbardziej nietrafionych pomysłów, jakie w życiu podjęłam. Już rozjaśniam dlaczego.

Plan był. Wizji zabrakło.

Plan był taki, że kiedyś będę managerem w jakiejś wypaśnej restauracji. Gdy więc ktoś pytał mnie o to, co chcę robić po szkole, miałam gotową odpowiedź. Której absolutnie nie przeanalizowałam.
Wiecie, bo menager restauracji fajnie brzmi, ale pod tą nazwą wcale nie kryje się to, co sobie wówczas myślałam, że się kryje.
Kelnerstwo nigdy nie było więc celem samym w sobie, do którego zmierzałam, ale to, co mogłabym robić później – też nie.
Mrzonką było. Jakimś dziecinnym kaprysem.
W którymś momencie przestałam wierzyć, że kiedykolwiek uda mi się z tego szamba [kelnerstwa] wydostać. Za dużo było wokół mnie osób, które nigdy nie skończyły szkoły gastronomicznej, a wydawały mi rozkazy. Za mało tych, którzy rozciągali by moją mrzonkę, by kiedyś przerodziła się w marzenie i cel.

E, kelnereczka!

Znam wiele historii, kiedy jakiś napruty typ próbował zgrywać cwianiaka i serwować tanie teksty do moich kumpeli. Ja raczej tego nie doświadczyłam. Ale opowieści te konsekwentnie sprawiały, że zamiast marzyć o rozwoju swojej kariery, zaczęłam przekonywać się w myślach, że to całe bajorko to nie mój klimat. Nie chcę, by jakiś zapluty dorobkiewicz roszczył sobie prawa do tego, by mi ubliżać. Przestałam ten zawód rozpatrywać w kategoriach prestiżu, zaczęłam w kategoriach chałturki.
Źle się z tym czułam.

Wytrzyj podłogę, rozlałam szampana

Nie chodzi o to, z czym wielu ludzi sobie nie radzi – z wykonywaniem brudnej roboty, podczas gdy ktoś inny, tylko dlatego, że pracuje dłużej, w tym czasie przygląda się swoim perfekcyjnym pazurkom. Choć też.
Chodzi o fakt, że nienawidzę (i nie jest to wyolbrzymienie), gdy mi się coś nakazuje. Kelnerzy mają taką niefajną manierę – gdy się pojawia świeżak, trzeba mu zrobić chrzest bojowy. A więc – niech sprząta, obsługuje beznadziejnych klientów i szoruje kible. Wystarczający powód, by zrezygnować z tego zawodu.

Klient nasz PAN!

Tak, jak wspomniałam wcześniej – kiedyś wierzyłam, że będę managerem. Oczywiście zanim miało to nastąpić, chciałam pracować w jakimś ekskluzywnym miejscu jako kelnerka. Może gdybym w międzyczasie nie odbyła praktyk właśnie w takim miejscu, znacznie później uświadomiłabym sobie fakt, że niezależnie od poziomu restauracji, to wciąż nie Ty – jako kelner – wydajesz polecenia.
Ty te polecenia realizujesz.

I nawet największego chama, który odnosi się do Ciebie z pogardą, musisz traktować z szacunkiem. Niby dobra szkoła życia, ale ja ją po pierwszym semestrze rzuciłam.

*

Gdy Marta podeszła do nas po raz kolejny, było mi jej szczerze żal. Odnalazłam siebie w jej oczach. Widziałam, że jest zestresowana, zagubiona i nie do końca potrafi obyć się z klientem. Widziałam, że szefowa ją przeraża i doprawdy współczułam jej, gdy z każdym kolejnym słowem, które wypowiadała, słychać było rozpaczliwe wołanie o pomoc.

– jeszcze raz pragnę Państwa przep… – zaczęła nieśmiało, gdy nagle Właścicielka ośrodka, wpadła jej w słowo.

– Marta, zabierz tę łopatkę [do ciasta], Państwo poradzili sobie bez niej.

Właścicielka nie zachowała się podle w stosunku do dziewczyny.  Mam wręcz wrażenie, że jej postawa była pełna szacunku i klasy. Odnosiła się do kelnerki jak starsza siostra do młodszej w trakcie dawania reprymendy – stanowczo, ale z szacunkiem. Z nutką jakiegoś ciepłego uczucia w głosie.

A jednak ta chwila wystarczyła mi, bym zachwyciła się faktem, że to nie ja mam przepraszać nieusatysfakcjonowanych gości za błędy, które popełniłam, że to nie ja plączę się w tym, co mówię i jak mówię, by wybrnąć z absurdalnej sytuacji. Że to nie do mnie szefowa zwraca się jak do zagubionego dziecka we mgle. I że w całym tym zamieszaniu, ja mogę uśmiechnąć się serdecznie i z lekkim sercem odpowiedzieć:

ależ nie ma za co. Wszystko w porządku.

***

To, co ważne, dzieje się na facebooku.