Zastanawialiście się kiedyś nad treścią składanej w kościele przysięgi małżeńskiej? Zupełnie ona nieaktualna… Jeszcze z 30 lat temu może i się sprawdzała, ale dziś jesteśmy znacznie mądrzejsi, bardziej – przez życie – doświadczeni.
I wiemy jak jest.
A wcale nie jest tak kolorowo, jakby się wydawało (sprawdzone info). Może więc tę przysięgę nieco zmodyfikować? Coby odpowiadała czasom, w których żyjemy. Pieprzyć kościelne archaizmy. Stwórzmy sobie nową przysięgę.
Np. taką:

Ja [imię] biorę Ciebie [imię] za męża i ślubuję Ci miłość [pod warunkiem się nie roztyjesz, nie przestaniesz o mnie zabiegać, będziesz bogaty i przystojny – jak dziś] wierność [jednak tylko wtedy jeśli Ty sam będziesz mi wierny, nigdy nie staniesz się kapciem w łóżku – żebym nie miała powodów do zdrady i z uwagą słuchać będziesz tego, co Ci mam do powiedzenia] i uczciwość małżeńską [wyłącznie jeśli sam uczciwy będziesz, nigdy mnie nie okłamiesz i nie zawiedziesz mojego zaufania] oraz, że Cię nie opuszczę aż do śmierci [no chyba, że wcześniej ulegniesz jakiemuś wypadkowi, który pozbawi Cię kończyny, zachorujesz na chorobę, która uniemożliwi nam współżycie i komunikację, albo nie spełnisz któregoś z postawionych przeze mnie warunków].
Tak mi dopomóż Panie Boże Wszechmogący w Trójcy Jedyny i Wszyscy Święci [Po pierwsze, to bez przesady… się tam nie spinaj strasznie, a po drugie mam nadzieję, że pamiętasz o naszych ustaleniach?]

Jak reagujesz na pytanie: Co by było gdyby?
Ja lubię snuć sobie różne wizje – czasami niepotrzebnie, bo mnie dobijają, a niekiedy przeciwnie – powodują, że moje serce tańczy cza-czę z radości. Niemniej, są pytania, na które nie zawsze łatwo o odpowiedź:
Co by było, gdybym straciła nogę w wypadku?
Co by było, gdybym trafiła do więzienia na 10 lat?
Co by było, gdyby zdiagnozowano u mnie stwardnienie rozsiane i z dnia na dzień dostrzegał byś, jak tracę z Tobą kontakt?
Co by było…
„Przestań zadawać takie głupie pytania!” – chciałoby się odpowiedzieć. A może: „nie wiem” – zgodnie z prawdą.
A może bałbyś się odpowiedzi, która mogłaby przedzierać się przez Twoje serce.
Często słyszę: nie ma co gdybać!
A ja myślę, że właśnie za mało gdybamy. Bo życie jest płynne, dziś mamy szczęśliwy i radosny dom, jutro w tym domu może zdarzyć się tragedia.
I nie nawołuję do tego, byśmy każdy – nawet najmniejszy – krok w swoim życiu zaczęli analizować, bo to mogłoby się skończyć w wariatkowie. Ale te najważniejsze. Np. Małżeństwo. Kiedyś usłyszałam, że małżeństwo to decyzja.
Przysięgamy przed Bogiem, że „do śmierci”, na zawsze. Bez dodatkowych warunków.
Nie tylko: na dobre, ale też na złe. Nie tylko: w szczęściu, ale i nieszczęściu.
Dzisiaj – gdy wokół tyle się mówi o nieudanych, często patologicznych relacjach między małżonkami, trudno murem stać za nierozerwalnością małżeństwa. Trudno bronić warunków, które stawia Kościół w tej sprawie. Że zawsze, w każdym przypadku trzeba ze sobą trwać. Trudno, bo życie po latach często okazuje się zupełnie inne, niż nam się wydawało. Bo mąż zdradził. Żona przestała o siebie dbać (albo na odwrót). Bo tyle jest dziś okazji do tego, by przestać o siebie walczyć i zabiegać.
Nie twierdzę, że życie jest usłane różami. Że Melancholik zawsze będzie o mnie zabiegał. Że ja będę zabiegała o Niego. Być może pogubimy się na drodze naszego życia. Być może kiedyś powiemy o jedno słowo za dużo. I popełnimy o jeden czyn za mało. Może, zaabsorbowana codziennością, zapomnę dziękować za to, co razem tworzymy. Może nie będę miała ochoty sprawiać Mu radości albo wpadnę w wir tego, co przynosi życie.
Może gdzieś zgubimy to, co dziś z takim zacięciem pielęgnujemy.
Ale to jest właśnie miłość. Taki tor przeszkód. Gdzieś w oddali jest meta – im bardziej ją widzisz, tym trwalsze jest to, co tworzysz i tym przeszkody mniej decydują o jakości Twojego życia. Mogą Cię spowalniać, powodować lekki bałagan, ale ostatecznie nie decydują o tym, czy dobiegniesz do mety.
Bo podjąłeś decyzję, że dobiegniesz. Że choćby w międzyczasie urwało Ci rękę, nogę, albo głowę – dobiegniesz. To sprawa życia i śmierci.
Myślę o tym, jak zakończyć ten tekst i mam trudność. Bo ostatecznie, nie chcę by płynącym z niego wnioskiem było coś na zasadzie: naiwna panienka nie wie jeszcze z jakimi trudnościami się spotka w życiu i się mądrzy. Nie chcę też, absolutnie, Cię pouczać, bo sam najlepiej wiesz, co dla Ciebie znaczy małżeństwo i być może również znasz odpowiedź na pytanie: co by było gdyby?
Więc nie. Nie pouczam Ciebie, nie Tobie mentoruję.
A sobie.
Bo dziś pewne rzeczy wydają się czarne albo białe – a potem nadchodzi próba i dostrzegasz tysiące innych barw.
I zaczynasz dopuszczać do świadomości myśl, że białe jest czarne, a czarne jest białe.
Ja nie chcę na to pozwolić.
Nie chcę dopuścić do swojej świadomości jakichkolwiek warunków przysięgi.
I ten tekst będzie moją, do tego, bazą.

***

To, co ważne, dzieje się na facebooku.