Kochani,
14-ego maja mój blog obchodził swoje pierwsze urodziny. Szczerze? Na śmierć o nich zapomniałam.
Nie zrobiłam tortu, nie wyjechałyśmy za miasto, nie zrealizowałam nawet żadnego marzenia z tej okazji. Nic. Odeszło w niepamięć.
Ale dziś, półtorej miesiąca później, mój wewnętrzny głos mówi – frajerze! Przecież sporo wydarzyło się w ciągu tego roku, wiele się nauczyłaś. Nie chcesz tego jakoś [jakkolwiek] podsumować?
Gdyby mój wewnętrzny głos miał ciało, byłby z niego kawał baby. Więc nie dyskutuję. Pokornie staję do pionu, w nadziei, że tym razem nie oberwę kawałkiem żelaza po głowie.
Tak – warto podsumować to, co udało mi się tu z Wami stworzyć. Rok, podczas którego dzieliłam się moimi przemyśleniami wiele mnie nauczył i niesamowicie podniósł jakość mojego życia.
Pozwólcie, że opowiem Wam trochę o tym co się tu wydarzyło – zwłaszcza, że większość z Was nie zna początków Okularnicy, kiedy jeszcze…
…nazywała się okularnicaa.blogspot.com.
Nie możecie też wiedzieć, że miałam kilka idiotycznych pomysłów na nazwę: Zwierz misie, dreamer albo dyzio marzyciel. Tak, też się cieszę, że nie przeszły. Tak, są chujowe.
Tak, cokolwiek pomyślałeś, masz rację.
Nazwa “okularnica” była zajęta, więc niewiele myśląc zaklepałam okularnicę z podwójnym ‘a’ na końcu. Nie był to przemyślany krok, ale ten defekt znakomicie podkreślał charakter mojego pisania – co też wykorzystałam przy okazji stworzenia logo.
Znakiem nieskończoności chciałam podkreślić, że efekty w naszym życiu pojawiają się dopiero wówczas, gdy mówimy sobie: choćby urwało mi nogę, rękę i głowę w międzyczasie – dotrwam.
Ideą mojego bloga od początku była niezwykła potrzeba uświadamiania, że nasza przyszłość zaczyna się dzisiaj. I że jeżeli właśnie ze smakiem zajadasz się batonami, to jutro będziesz wycierał pot z czoła przy “dasz radę!” Chodakowskiej.
I dobrze w sumie.
Bo drugim – znacznie ważniejszym powodem, dla którego piszę jest coś, co wykształciło się w mojej głowie już w trakcie tworzenia.
– Nie bój się popełniać błędów.
W książce Bóg, kasa i Rock&Roll Szymon Hołownia rozmawia z Marcinem Prokopem o powołaniu do zakonu. Hołownia miał bowiem epizod w swoim życiu (właściwie dwa), kiedy czuł, że Bóg tam właśnie go powołuje. Dwa razy również zrezygnował z tej ścieżki

Prokop: Nie miałeś poczucia porażki, że jednak z tej ścieżki zdrowia zszedłeś?
Hołownia: Zawsze ma się takie poczucie. Pytanie tylko, czy wychodzisz do tyłu czy do przodu. Można bowiem iść do tyłu, frustrować się, patrzeć na księdza w kościele i płakać, że to ty powinieneś być na jego miejscu. Możesz też wyjść w przekonaniu, że i wejście i wyjście było dobrą decyzją.
Prokop: Przez moment byłeś przekonany, że objawia ci się coś czystego. Coś, co cię ma zdefiniować, poprowadzić. Po jakimś czasie okazuje się, że to jednak była zmyłka. I co teraz? Jaki jest Twój stosunek do tej sytuacji, do Boga, który się tobą zabawił?
Hołownia: Bóg na pewno się mną nie zabawił, to po pierwsze primo. Opcja pierwsza: źle coś odczytałem, są takie przypadki, że jesteś przekonany, że masz być księdzem, wszyscy wokół ciebie podzielają to przekonanie, a jedynym, który go nie podziela, jest Pan Bóg. Druga opcja jest taka, że to jest pewien etap. Istnieje też coś takiego jak powołanie krótkoterminowe. Masz powołanie, żeby pójść do tego miejsca, przeżyć tam to, co masz przeżyć, wyjść i dalej żyć tu. Żeby czegoś się o sobie dowiedzieć(…).

To są chyba najgenialniejsze słowa w całej książce. Ze strachu przed porażką nie wystawiamy głowy za drzwi własnego pokoju, nie będąc świadomym, że zawsze otrzymamy coś gratis.
Czasami własne życie.
Okularnica bardzo przez ten rok dojrzała. Zaczyna raczkować. I fajnie – nie przyspieszam tego, nie katuję jej, że w tym wieku powinna już chodzić i sklejać płynne zdania. I że to wstyd, bo inne blogi na tym etapie zrobiły szum w internetach.
Nich sobie rośnie. Rozwija się. I chłonie wiedzę.
A ja – jako jej twórca – będę zbierała laury.
[ba dum tsss]
Zastanawia mnie jak wielu ludzi, wśród Was ma świadomość, że ten blog prawdopodobnie nie istniałby…
…gdyby nie wsparcie, którego udzielił mi Melancholik.
Gdy lamentowałam, że nie mam komentarzy na blogu, a mój fanpage składa się łącznie z kilkunastu osób, On klepał mnie po plecach, mówiąc: nie maż się, dziecko! Co pisze Kominek w swojej książce na ten temat?
Rzucał pomysłami, podpowiadał co sam zrobiłby na moim miejscu, często podkreślał, że i tak bardzo wiele osiągnęłam. Mówił: chodź, zastanówmy się wspólnie z czego możesz być dumna. I wypisywałam.
Tę listę mam zachowaną do dzisiaj.
Byłam dumna np., że w październiku ubiegłego roku było Was 190 osób. I do tej pory niezmiennie cieszę się z każdej nowej osoby, która dołącza w szeregi moich Czytelników.
Cieszyłam się również, gdy moje teksty – wydawałoby się – zupełnie przeciętne – pojawiały się na fanpage Mądrych Rodziców. Dzwoniłam wtedy do Melancholika i z głosem pełnym podekscytowania dzieliłam się tym, że w statystykach dzieje się magia, bo KTOŚ zobaczył w sieci mój tekst o ojcu.
Dziś tego KOGOŚ znam troszeczkę lepiej i z tego miejsca serdecznie pozdrawiam… 🙂 Zapisywałam sobie pokrzepiające słowa, którymi obdarzaliście mnie na początku tworzenia i jak mantrę, w chwili zwątpienia, powtarzałam: to ma sens. Ludzie Cię czytają. Pisz, głupia.
Melancholik zawsze mnie wspierał, budował. Był w tym wszystkim ze mną. Cieszył się, gdy z piskiem w głosie mówiłam, że dorwałam książki Kominka po promocyjnej cenie, pomagał mi wybrać szablon na bloga, wysłuchiwał moich lamentów i moderował wszystkie (słowem: wszystkie!) teksty, które pojawiły się na blogu do stycznia tego roku.
Gdy ktoś odlajkował fanpage na FB i gdy z żalem Mu o tym opowiadałam, twierdził, że to nic nie znaczy, że na tak zacne grono czytelników, jedno odejście powinno mi przejść koło nosa.
Dziś jestem absolutnie pewna, że nie byłoby Okularnicy, gdyby nie mój Ukochany.
Na koniec muszę Wam powiedzieć, że…
… tworzenie tego bloga sprawia mi coraz więcej frajdy.
Mam wrażenie, że tworzy się wśród niego pewna społeczność ludzi, którzy czytają teksty i duchowo wspierają mnie w tworzeniu tego miejsca w sieci.
Może się Wam wydawać, że czytelników Okularnicy traktuję jak ogół – że jest Was już tak dużo, że jednostki nie mają znaczenia.
Nic bardziej mylnego. Pamiętam Was. Czasami, gdy dodaję status na facebooku, domyślam się kto z Was chętnie go polubi. Z niektórymi osobami czuję taką niesamowitą więź, jakbyśmy się znali kupę lat.
I to jest coś magicznego. Coś, czego nie potrafię nawet wyjaśnić.
Super, że jesteście.
W weekend wybieram się na Blog Conference Poznań i myślę sobie, że to niezwykłe wyróżnienie, że mogę tam być, słuchać tych wszystkich mądrych głów, które w sieci tak podziwiam.
I że małymi kroczkami spełniają się moje wielkie marzenia.
Dzięki jednej spontanicznej decyzji.