– Kochanie, kupiłam Ci prezent! (za Twoje pieniądze)

Nieustannie dziwi mnie fakt, że małżeństwa decydują się trzymanie wszystkich pieniędzy na jednym koncie.
Wspólnym konie.

Próbowałam to rozgryźć, bo wychodzę z założenia, że ludzie z reguły chcą ułatwiać sobie życie, a nie je utrudniać. Musi więc być w tym jakaś głębsza logika. Analizowałam, rozpisałam sobie w tabeli (tfu… w głowie) korzyści i szkody wynikające z takiego – w moim odczuciu – irracjonalnego pomysłu. I poległam.
Nie byłam w stanie wskazać ani jednej zalety posiadania jednego wspólnego konta.

No dobra… jest jedna sytuacja, kiedy dopuszczałabym takie rozwiązanie po ślubie – kiedy jedno z małżonków nie ma stałego przychodu. Wtedy ok. W każdym innym przypadku natomiast nie widzę sensu. Logiki brak.

Najśmieszniejszy żart na świecie!

Jaś zesmrodził się w klasie, więc nauczycielka wygoniła go na podwórko. Chłopiec spaceruje więc tak sobie przed szkołą jakiś czas, gdy nagle podchodzi do niego ochroniarz i pyta:
– Czemu ty tutaj tak chodzisz, młody człowieku?
– bo logiki brak – odpowiada Jaś. Dostrzegając niezrozumienie na twarzy ochroniarza, dodaje – bo ja się spierdziałem, a pani wyrzuciła mnie z klasy. Teraz ja oddycham świeżym powietrzem, a reszta uczniów kisi się w sali.

To tak, jakbyśmy się cofnęli do czasów, kiedy nie zarabialiśmy własnych pieniędzy i każde wyjście do kina, zakup nowego ciuchu czy imprezę ze znajomymi, musieliśmy konsultować z rodzicami. Przecież jako dzieciaki marzyliśmy o tym, by mieć w końcu własną forsę i móc nią zarządzać. Bez pytania kogokolwiek o pozwolenie.

W przypadku ograniczania się do jednego konta, siebie nawzajem czynimy kimś w rodzaju rodziców.
Chcesz sobie kupić sukienkę, konsultujesz to z mężem. On ma ochotę na wypad z kumplami na piwo, sugerujesz, by nie przesadził z ilością – nie ze względu na jego dobro, a fakt, że to piwo to również Twój koszt. Sprawdzasz więc za chwilę wspólne konto i widzisz, że przesadził. O co najmniej 3 piwa. Walczysz więc ze sobą, by mu nie nagadać.

Ostatecznie się powstrzymujesz. Twój wewnętrzny głos przekonuje Cię, że nie ma co z pierdoły robić dramatu. W końcu każdemu z Was należy się coś od życia. Ty kupujesz ciuchy, to on niech pije. Zresztą, dwa dni temu, jak sama z Baśką zaszalałaś na babskim wieczorze, on tylko burknął pod nosem: WIDZIAŁEM, że się dobrze bawiłaś i odpuścił. Nie bądź zołzą, Ciotka! Zachowaj nerwy na później. 

I przychodzi później. W drzwiach stoi on – z kwiatami w jednej dłoni i małym pakunkiem z logo Apartu w drugiej. Wasza rocznica. Ja pieprzę – pierwsza myśl. Ile on wydał forsy? – druga.
– jest coś jeszcze… – rzuca szarmancko. – zajrzyj do sypialni.
Na waszym wspólnym łożu leży piękna bielizna. Masz ochotę pisnąć z zachwytu, ale powstrzymuje Cię myśl, że sama za to zapłaciłaś. Twój wewnętrzny głos zakłada ręce na piersiach, wymownie tupie nóżką i z pełnym pogardy głosem kwituje:


– niezła, ale przyznaj, że gdybyś ją kupiła sama, wyjebałabyś te komiczne falbanki. Co to w ogóle jest?
– możliwe. Ale tu nie o falbanki chodzi, a o gest!
– niezły gest – za Twoją forsę…
– Kocha mnie!
– na pewno… ciekawe jak bardzo.

Chwilę później jesteś zalogowana na Waszym wspólnym koncie internetowym i modlisz się w duchu, żeby nie kochał Cię za bardzo…

Podczas gdy normalnie przecież nie posiadałabyś się z radości, że Twój mąż – mężczyzna Twojego życia – W DALSZYM ciągu sprawia Ci drogie prezenty, że Cię adoruje, podczas gdy mężowie Twoich kumpeli już dawno przestali. Na babskich spendach byłabyś jedną z tych lasek, które siedzą cicho w trakcie ogólnego hejtu na facetów, bo nie miałabyś powodów do narzekania.

Zarabiam więcej – mam prawo więcej wydawać!

No ale dobra – przyjmijmy, że poradziliśmy sobie z problemem (nie wierzę, że używam tego słowa) drogich prezentów i wydawaniem pieniędzy na prywatne sprawy. Nie jest to sytuacja bez możliwości rozwiązania. W końcu małżeństwo to sztuka kompromisów.
Ale nawet jeżeli miałeś jakieś kontrargumenty do tego etapu, to teraz roztrzaskam je w drobny mak.

Przychody.

Już słyszę w myślach pretensjonalny ton głosu mojej kumpeli: małżeństwo to jedno ciało. Jeżeli dwoje ludzi trafia na przeszkody, powinni sobie z nimi radzić razem. Tu nie powinno być kalkulacji; analizowania tego, co się opłaca. 

Tego typu słowa może wypowiedzieć tylko osoba, która zarabia więcej. W każdym innym przypadku to pusta gadanina. Nie wierzę w jej głębię.

Teoretycznie więc jeżeli zarabiam więcej, powinnam móc wydawać więcej. Teoretycznie, bo praktycznie co moje, to Twoje, a co Twoje, to Twoje. Wyobraź sobie, że masz małe dziecko, które się w coś angażuje, robi więcej niż wszyscy w klasie, czasami nie śpi po nocach, a finalnie otrzymuje od nauczycielki polecenie: no, a teraz Jasiu podziel się z innymi swoją nagrodą. Nie no fajnie, taka postawa uczy pewnych wartości. Ale przecież oboje wiemy, że to jest mega niesprawiedliwe.

Wiem, że rodzina to nie leniwy kolega z klasy. Rodzinę trzeba wspierać, stanowić jej część. Ale nie możemy popadać w skrajności. Bo czym innym jest wspieranie się, a czym innym wydawanie pieniędzy małżonka na prywatne potrzeby.

Takie proste i takie nieinwazyjne rozwiązanie sytuacji

Wspólne konto po ślubie ma sens, wyłącznie pod warunkiem, że obok tego mamy jeszcze dwa inne. Ja swoje i mój mąż swoje. Tak, bym mogła się cieszyć, gdy w prezencie urodzinowym podaruje mi weekend w spa. I żeby on czuł radość na widok mojego nowego ciuszku. Byśmy nie frustrowali się wydawaniem przez partnera pieniędzy na rzeczy, których nie potrzebujemy.

Wspólne konto po ślubie byłoby zasilane procentem z przychodów każdego z nas. Stanowiło by punkt wyjścia w przypadku planowania wspólnych podróży; zakupów rodzinnych czy nieprzewidzianych wspólnych wydatków. Byłoby naszym budżetem RODZINNYM, a nie prywatnym.

Tak proste i tak, w swojej prostocie, genialne rozwiązanie.