Po pierwsze – załóż, że przyjdzie chwila kryzysu. Zrób to zanim zaczniesz realizować swoje postanowienia, a nie – jak często się zdarza – w momencie pojawienia się zniechęcenia. Wtedy człowiek jest zagubiony, zdezorientowany. Niby miałam nie jeść tej czekolady, ale z drugiej strony czy jedna kostka sprawi, że nagle przytyję? Poza tym – po miesiącu i tak nie widać żadnych efektów, więc bez sensu, żebym się tak na darmo katowała. Życie jest na to za krótkie.

Po co mam się uczyć hiszpańskiego, skoro prawdopodobnie nigdy nie będę w stanie go wykorzystać? Po co prowadzić bloga, skoro nikt go nie czyta i nie komentuje?

Kryzys chce nam wmówić, że wysiłek, który podejmujemy jest za duży w stosunku do efektów, które widzimy. Oczywiście oboje o tym wiemy i jesteśmy świadomi, że gdyby coś od początku do końca nie stanowiło by dla nas wyzwania, nie nazywalibyśmy go postanowieniem, a codziennością.
Zanim coś postanowisz, opracuj schemat postępowania w przypadku kryzysu.

Po drugie – wtajemnicz kilka osób w to, co zamierzasz rozpocząć. Jeżeli jest to dieta – umów się z chłopakiem/dziewczyną, przyjacielem, rodzicami, że np. co tydzień będziesz informował ich o postępach. Stwórz / dołącz do już istniejącej społeczności ludzi, którym przyświeca podobny cel – takie grupowe wsparcie daje niezłego kopa.

Po trzecie – nie wiem czy tylko ja tak mam, czy może jest nas więcej – nie zarzucaj się tysiącem spraw. Jeżeli chcesz nauczyć się jakiegoś języka, programowania, szydełkowania, jazdy konno czy jeszcze czegoś innego, to postaraj się skupić całą swoją uwagę na jednym celu. Nie rozpraszaj się jeszcze tysiącem innych spraw. Gdy skończysz jedno, zacznij robić drugie.

Po czwarte – nie jesteś herosem – lepiej, żebyś codziennie robił niewiele, niż bardzo dużo, ale raz. Jeżeli Twój cel będzie za duży, szybko przyjdzie też zniechęcenie. Dlatego – po piąte – śmiało modyfikuj swoje cele. W momencie ich określania, bardzo często towarzyszy nam ogromny entuzjazm. Wydaje się wtedy, że ten entuzjazm będzie obecny zawsze, a skoro tak, to zamiast chodzić na siłownie co drugi dzień, mogę przecież codziennie. No big deal.
Obserwuj więc siebie, spróbuj znaleźć granicę w swoim zachowaniu określającą moment, kiedy wyzwaniu bliżej do miana obsesji i modyfikuj założenia, które określiłeś na początku. Skoro po miesiącu zauważyłeś, że jest Ci ciężko powtarzać pewną czynność przez godzinę dziennie, poświęć pół godziny.

Bo powinieneś wiedzieć, że – po szóste – lepiej odczuwać niedosyt niż przesyt. Ja pod koniec 2014 roku zaczęłam uczyć się języka hiszpańskiego. Zajarałam się tak, że praktycznie każdy weekend spędzałam na nauce, a w tygodniu po dwie godziny we wtorek i czwartek.
Było super, bardzo fajnie szła mi nauka, ale z czasem coraz mniej wkładałam w nią energii, aż w końcu w ogóle przestałam się uczyć. Od jakiegoś czasu natomiast szlifuję angielski (czytaj: ucz się idioto angielskiego!). Efekty nie są spektakularne, bo zamiast 6 godzin w tygodniu, uczę się w tej chwili po kilkanaście – kilkadziesiąt minut dziennie.
Ale codziennie!

Po siódme – nie linczuj się, jeżeli coś Ci nie pójdzie, i zacznij jeszcze raz. Jesteśmy tylko ludźmi, którzy codziennie poddawani są próbom. Jeżeli już zjadłaś tę czekoladę, to trudno. Świat się nie zawali. Ludzkość nie przestanie istnieć. A Ty spokojnie możesz zrobić podejście numer 2. Nawet jeżeli nieoficjalnie będzie to podejście numer 10. Poza tym, pamiętasz, że cel nie jest najważniejszy?

lody

No i wreszcie – po ósme – zaplanuj sobie nagrodę. Może marzysz o skoku na bungee, wybraniu się do teatru albo chętnie zjadłbyś coś smacznego w jakiejś klimatycznej restauracji – co Ty na to, żeby takie małe przyjemności, stały się Twoją wygraną? Inaczej myśli się wówczas o wysiłku, który wcześniej trzeba podjąć – prawda?

A Wy, macie jakieś sprawdzone sposoby na to jak wytrwać w postanowieniach? Pokrywają się choć trochę z tym, co proponuję? Bardzo chętnie poczytam. 🙂