Czasami wpadają mi do głowy słowa znajomego, którego poznałam na chrześcijańskim kursie Alfa.

– Zastanawiam się, czy Bóg w ogóle zawraca sobie głowę kimś takim jak ja. Kimś, kto od zawsze w Niego wierzy, chodzi co niedzielę do kościoła, modli się z dzieciakami rano i wieczorem i zawsze stara się żyć w zgodzie z przykazaniami.
Ciągle słyszymy o Pasterzu, który porzuca 99 owiec, by odnaleźć tę jedną, która zaginęła.
Myślę, że ja jestem wśród tych 99, które Pan Jezus zostawia dla tej jednej.

W różnych momentach życia różnie traktujesz pewne słowa. Słuchając tego, co powiedział znajomy, pomyślałam więc, że Bóg odwiedza go w codzienności. W tych zwykłych, drobnych czynnościach, które celebruje z rodziną. Jest obecny w relacji z dzieciakami i w miłości do żony. Zawsze.

Dziś, po 3, prawie 4 latach od tego spotkania sama zadaję Bogu to pytanie. Czy o mnie pamięta? Czy widzi, że gdzieś tam w Jego stadzie błąka się owca, która trochę się gubi ostatnio. Nie ucieka, bo wie, że tylko w stadzie jest bezpieczna, a jednocześnie rozgląda się nerwowo w poszukiwaniu Pasterza.

– Skoro Cię nie widzę, czy Ty dostrzegasz mnie?

Na kursie Alfa, o którym zdążyłam już wspomnieć, był taki chłopak – nazwijmy go Igorem. Taki łysy, trochę poturbowany wewnętrznie, człowiek. Gdy kurs dobiega końca, uczestnicy mogą podzielić się z innymi swoimi refleksjami, świadectwem. Ten chłopak powiedział wówczas, że wrócił pewnego dnia do domu (bezpośrednio po weekendzie w gronie Alfowiczów) i płakał. Płakał przez kilka godzin.
I że łzy dały mu odpowiedzi, których zawsze szukał.

Gdy zakończył, wszyscy obecni krzyknęli chórem: „Chwała Panu”. Niektórzy poklepali go po plecach. Inni go przytulili. A ja tak siedziałam… totalnie rozdarta. Boże, nie zapomniałeś przypadkiem o mnie? Dlaczego nie przyszedłeś?
Piekielnie mu zazdrościłam.

Zawstydziłam się tej emocji i w sekundzie ją stłumiłam.

– Pan Bóg zna Twoje i moje serce – powiedziała któregoś razu moja animatorka – On wie kiedy będziesz gotowa, by mógł przyjść. To nie on Cię nie widzi. Ty Go nie widzisz.

Ale jak Go dostrzec? Co mam zrobić? Pomodlić się? Powiedzieć, że są we mnie sfery tak poranione, że sama nie potrafię ich poskładać? Przecież mówię. Czekam na odpowiedź odkąd pamiętam.
Przychodzą do innych.

Piszę te słowa i czuję ogromny żal w sercu. Złość. Zniechęcenie. W końcu obojętność.

– Bądź zimny albo gorący. Nigdy letni. – mówią.

O letniego się nie walczy. Nie zabiega. Nie zauważa.
Tak bardzo, Boże, chciałabym być gorąca. Boję się jednak, że nie potrafię.