Wpatruję się w imię mojego dziadka na płycie nagrobkowej. Człowieka, który, podobno, chrzan zjadał łyżkami ze słoika i nawet się wówczas nie skrzywił. I, podobno, jak sieknął żartem, to wszyscy dokoła zawijali się ze śmiechu, tylko jemu jednemu nie drgnął choćby mięsień na twarzy. I jeszcze – podobno – był złotą rączką. Wszystko umiał zrobić, naprawić, poskładać do kupy.

Gdy za kilkanaście lat odwiedzę grób dziadka z własnymi dzieciakami, powiem im tylko, że to ich pradziadek, którego nie miałam okazji poznać i pokochać. Ale że to tata mojej ukochanej mamy.
Gdy kiedyś one – z moimi wnukami – odwiedzą groby tych wielkich zmarłych, staną naprzeciw płyty nagrobkowej i wpatrując się w ledwo widoczne imię: Edward, będą wiedziały, że to ktoś z rodziny. Ktoś, kto kiedyś był ważny. Ale już nie jest.

Nie tak. Nie dość.

Zapomniane historie

Babci Gieni, która w dzieciństwie nazywana była Igienią, nie ma z nami od ponad 9 lat. Zmarła, gdy byłam w technikum. Pamiętam, że zawsze, gdy do nas przyjeżdżała, miała ze sobą pyszne słodkie – często wciąż-jeszcze-ciepłe – bułeczki, które kupowała w pobliskiej piekarni. Była MasterChefem ds. Zacierówki i Szczawiówki. Właściwie była MasterChefem ds. wszystkiego – łącznie z ogarnięciem czwórki dzieciaków z niezdiagnozowanym ADHD pod nieobecność rodziców. Jedyne z czym sobie nie radziła, to nawlekanie nitki na igłę. W tym bardzo często ją wyręczaliśmy.

Babcia Igienia była dla mnie kimś tak niezwykłym, jak dla mojej mamy jej babcia – Sabinka. Zmarła tydzień przed ślubem moich rodziców. Zawsze, gdy wybieramy się na groby, mama wspomina życie swojej babuni. Kobiety, która potrafiła dać taką reprymendę, że w pięty poszło, ale o wielkim – rzadko spotykanym – sercu. Babcia Sabinka to bohaterka mojej mamy.

Zapalmy jeszcze znicza Zośce. Mama robi miejsce między liśćmi na prawie niewidocznym grobie. Zośka to 12-letnia dziewczynka, której grób leży obok grobu babci Sabinki. Mama twierdzi, że babcia tam, na górze, na pewno opiekuje się Zośką.
To dobrze, bo tu – na dole – Zośką nikt się nie opiekuje.

Po południu jadę z Melancholikiem odwiedzić groby Jego bliskich. W drodze autobusowej czytam biografię Steve’a Jobsa. Czytam i próbuję się cofać myślami do czasów, w których jego firma dopiero się formowała. Do czasów, kiedy technologia tak raczkowała, że megabajty znaczyły tyle, co dziś terabajty. A może wciąż jednak więcej; kiedy słowo „folder” budziło reakcje równe dzisiejszym, gdy słyszymy o kolejnej aktualizacji windowsa.

I tak siedzę myślami w latach 70-tych ubiegłego wieku, analizuję wydarzenia technologiczne tamtych czasów, próbuję się w nich odnaleźć i gdybam: co bym robiła, gdybym wówczas żyła? Jakim człowiekiem bym była? Czy byłabym w stanie rozpoznać nowy początek tamtych dni? Nową historię, do której za kilkadziesiąt lat będą wracali młodzi ludzie, tłumacząc, że ich macbooki pojawiły się właśnie wtedy. W głowie jednego wariata – wizjonera.

A potem staję naprzeciwko grobu – Henryka Trzebiatowskiego – zmarłego męża ciotki Adelki z Siemiatycz, zapalam znicz i odchodzę. Bez refleksji. Po prostu.

Dopiero nazajutrz ma do mnie dotrzeć, że za kilkadziesiąt lat będę w dokładnie tym samym położeniu, co Henryk. A za jeszcze kolejnych kilkadziesiąt lat, naprzeciwko mnie stanie młoda dziewczyna, zapali znicza i odejdzie.
Bez refleksji.

Czy i w jej głowie pojawi się podobna, do mojej myśl?

Autorem zdjęcia głównego jest: Farah Rahman