jutro zamierzam cieszyć się życiem

Marta ma depresję, bo wciąż nie radzi sobie z tempem rozwoju, który narzuca jej matka. Ania twierdzi, że dopóki nie urodzi dziecka, nie będzie mowy o jakimkolwiek poczuciu spełnienia. Wiktor zdradził, że wyznacznikiem jego szczęścia jest słowo uznania z ust taty, a Teresa przyznała, że dopóki człowiek nie założy własnej rodziny, nie ma prawa twierdzić, że to coś, co czuje chwilę po przebudzeniu nazywa się: Radość. (nie, nie nazywa się radość. Nazywa się: niewstajękurwa!).

Wszyscy przyznali – choć nikt wprost, że zajęci gonitwą za tym, co ma nadejść jutro, dzisiejszy dzień traktują wyłącznie jak przerwę między aktami podczas spektaklu.
Jak przecinek w zdaniu.
Jak whisky z colą.
Tylko bez whisky.

Wielu z nas na coś czeka. Wierzymy, że jakieś wydarzenie z przyszłości odmieni nasz los, że je niejako wypełni. Snujemy wizje przyszłości, która dzisiaj wydaje się jeszcze odległym snem. Marzeniem.
Stojąc po środku długiego mostu, wypatrujemy miejsca, do którego ten prowadzi. Tak sfokusowani na tym, co będzie się tam działo, jakie piękne widoki przyjdzie nam oglądać, nie dostrzegamy tego, co mijamy po drodze. A po drodze bardzo często mijamy superhiperfantastyczne rzeczy.

Ot choćby, pamiętam jak swego czasu – nie wiem, dwa albo trzy lata temu – jedna z kumpeli tak wyczekiwała dziecka, że o niczym innym nie szło z nią gadać. Wiesz, nawijasz o zdrowiu, a ta zaraz, niby przy okazji tematu o tym jak to zdrowo musi się TERAZ odżywiać. Mówisz o facetach, to ta, że teraz trudno o zdrowe plemniki. Zaczynasz temat o ciuchach, ona za chwilę przynosi Ci nowiutkie śpioszki – w sam raz dla nienarodzonego dzieciaczka.

Wyolbrzymiam trochę, to jasne, ale wiecie, co chcę powiedzieć, nie?
No i właśnie spotykam kumpelę niedawno i pytam jak tam dzidziuś, małżeństwo, ta cała sielanka o której marzyła, a ona: Nie no super, fajnie, dzidziuś kochany, mąż fantastyczny, ale powiem Ci coś – jak na starszą i bardziej doświadczoną kumpelę przystało – nie porywaj się od razu na dziecko. Fajnie, fajnie, ale trochę mało czasu na to wszystko, co mogłam robić przed posiadaniem dziecka.

Na pewno nie jestem ani pierwszą, ani ostatnią osobą na tym świecie, która na przestrzeni życia doszła do podobnych wniosków – że cel przysłania nam radość z podróży. Zresztą pisałam o tym kiedyś, więc nie ma co dublować tematu. Chodzi o to, że teraz  szczególnie uderza mnie ten temat. Widzę mnóstwo ludzi, którzy mają fajne życia, fajne związki, niesamowite relacje w domu, a ciągle wypatrują tego, co ma ich jeszcze spotkać. Tak jakby to, co jest dzisiaj nie było wystarczające.

Powodów tego stanu na pewno jest sporo, choć mi samej blisko do twierdzenia, że w ogromnej mierze nie cieszymy się tym, co mamy, bo ktoś nam wmówił, że można mieć więcej. Że ciągle trzeba dążyć do perfekcji, do realizacji swoich marzeń. Że chwila wytchnienia na złapanie oddechu do dalszego biegu nie może trwać dłużej niż to konieczne, bo czas to pieniądz. Nie można go marnotrawić.

Jakiś czas temu rozmawiałam ze znajomą, która od kilku lat cierpi na depresję. Ma 16 lat. (!) Gdy podczas jednej z rozmów, niby przy okazji zapytałam na co w życiu czeka, odpowiedziała: „Chcę w końcu wyprowadzić się z domu. Marzę o studiach w innym mieście. Z dala od matki.”
Innym razem na moje pytanie o samopoczucie, z nieukrywanym znudzeniem na twarzy, odpowiedziała: „Chujowo. Pokłóciłam się z matką, bo ze sprawdzianu z matmy dostałam 4, a nie 5, jak planowała„.

Wiecie co dzieje się we mnie, gdy słyszę podobne słowa? Mam ochotę podejść do tej kobiety i powiedzieć jej, że jest na najlepszej drodze, by stracić swoje dziecko. Mam ochotę powiedzieć to wszystkim rodzicom, którym się wydaje, że zajęte – na wszelki możliwy sposób – dziecko, to szczęśliwe dziecko. Marzę by potrząsnąć takim człowiekiem i kazać by przestał realizować swoje niespełnione ambicje przez Bogu ducha winne dziecko.

Wkurwia mnie ta pogoń, ta rywalizacja rodziców o to, które dziecko umie więcej. Wysyłają swoje pociechy na miliony różnych zajęć. Dodatkowy angielski, dodatkowy basen, dodatkowa jazda konno, dodatkowy angielski. Zapomniało im się wykupić, kurwa, dodatkowych godzin na spędzenie czasu z rodzicami.

Kiedyś, jeszcze jako dziecko, sama planowałam, że jak będę miała potomstwo, to od małego będę wysyłała je na taniec. Ja nie mogłam, to niech choć oni mają tę szansę.
Dziś widzę, że to tak nie działa. Że dziecko, które uczy się czegoś, czego nie ma ochoty się uczyć, albo nie rozumie w jakim celu to robi, wcale nie jest szczęśliwsze.

Wiecie co mnie dziwi najbardziej? Gdy byłam mała, dodatkowe zajęcia z czegokolwiek były zarezerwowane tylko dla niektórych. Większość z nas nie miała przywileju rozwijania swoich umiejętności w sposób inny niż taki, który dawała szkoła. Gdy dziś rozmawiam z rówieśnikami wychowanymi w podobny do mnie sposób, słyszę: cieszę się, że właśnie tak wyglądało moje dzieciństwo. Gdy patrzę na tę presję społeczeństwa, by dzieciaki robiły więcej, uczyły się lepiej i były ładniej ubrane, boję się o swoje dzieci.

Skoro było tak fajnie, czemu ulegamy tej presji? Co poszło nie tak? Gdzie został popełniony błąd?

… jutro zamierzam cieszyć się życiem,
bo nikt nie pokazał mi, że mogę już dziś.

 
Zapis na newsletter to rewelacyjny pomysł. Cieszę się, że przyszedł Ci do głowy. O, tu masz formularz:

[FM_form id=”4″]

[pukka_grid id=”3815″ load_more=”off”]