Dawno, dawno temu, kiedy jeszcze na chleb mówiłam pep, usłyszałam, że pieniądze to największe zło, które zostało wymyślone przez szatana. Również wtedy dowiedziałam się, że w życiu nie można mieć „za dużo”, bo „za dużo” przewraca w głowie, odwraca priorytety, jest głównym powodem kłótni i wielu niepotrzebnych problemów.

Gdy trochę podrosłam, dodałam dwa do dwóch i wydedukowałam, że skoro dużo pieniędzy = zło, to znaczy, że ludzie, którzy je posiadają są źli. Prawdopodobnie więc każdy biznesman, lekarz, prawnik, etc. ma totalnie przestawiony system wartości, co innymi słowy oznacza, że to, co ja uważam za właściwe – no bo skoro ogromnie daleko mi do tego, by powiedzieć, że zarabiam „za dużo”, to na pewno moje wartości takie właśnie są – w jego pojęciu właściwe nie jest.
Więc na pewno kradnie, oszukuje i robi same złe rzeczy.

Upraszczam, bo może mniej chodzi o fakt, że każdego bogatego człowieka uważałam za zbója i złodzieja, a bardziej o to, że to zasobność portfela była głównym czynnikiem sugerującym jego system wartości. Innymi słowy – łatwiej mi było założyć, że ktoś, kto ma mnóstwo pieniędzy, wewnętrznie zepsuty jest do szpiku kości i z drugiej strony – nierzadko usprawiedliwiałam tych, którzy mieli mało albo nic, twierdząc, że to, iż popełniają jakieś błędy wynika z sytuacji, w której się znaleźli.

Dość dużo nt. rangi pieniądza w kontekście chrześcijańskim napisałam tutaj – więc nie chcę powielać tematu i pisać o tym, co uważam na temat tych zależności. Chodzi mi bardziej o zwrócenie uwagi na coś, czego poprzednio nie poruszyłam – jaki wpływ pieniądz, a więc MIEĆ, wywiera na nasze BYĆ.
Jak czujemy się, gdy nieoczekiwanie otrzymujemy całkiem pokaźny zastrzyk gotówki? Nie, no wiem, że fenomenalnie, ale jakie emocje odczuwamy w takich sytuacjach intensywniej – czy tylko radość, czy może towarzyszą nam w tym czasie inne, czarniejsze myśli i refleksje? Takie, do których wstyd się przyznać nawet przed samym sobą.

Jak traktujesz człowieka, który ma mniej i znaczy mniej od Ciebie? Mam na myśli znaczenie w sensie społecznym, bo w każdym innym to słowo nie występuje.

Ot – klasyczny przypadek: jesteś z rodziną na wczasach: jak traktujesz tych, którzy Ci usługują: pokojówki, sprzątaczki, kucharzy, kelnerów, itd? Czy włącza Ci się poczucie, że skoro jesteś na wakacjach, to masz prawo zachowywać się jak PAN, nad którym należy skakać? Czy tego typu przemyślenia są Ci natomiast zupełnie obce?

Żeby być pewnym, że Twoje BYĆ jest constans i żadne czynniki nie wpływają i nie wpłyną w przyszłości na szacunek okazywany drugiemu człowiekowi, warto odpowiedzieć na te pytania: czy wartościuję ludzi na podstawie tego, ile dziś znaczą w społeczeństwie i jak bardzo będę mógł skorzystać na znajomości z nimi w przyszłości? Jak myślę o ludziach, gdy otrzymuję awans w pracy – czy moje ego rośnie do takich rozmiarów, że patrzę na nich z wyższością?
Jeżeli nigdy nie pomyślałeś w sposób, o którym mówię tak, jak o nim mówię, to bardzo dobry znak. Istnieje ogromna szansa, że pieniądze wygrane na loterii albo zdobyte jakkolwiek inaczej nie wyrządzą Twojemu BYĆ szkody.
Jeżeli pomyślałeś… cóż, czy jest sens odpowiadać?

Inspiracją do napisania tego tekstu była kobieta, którą wiele lat temu miałam okazję znać. Nazwijmy ją Oliwią. Za każdym razem, gdy finanse Oliwii były zagrożone – a z racji zawodu głównego żywiciela domu, a więc jej męża, w owym czasie miało to miejsce średnio 2-3 razy w miesiącu – zmieniała się nie do poznania.
Przeklinała, nazywała swojego małżonka życiowym niedorajdą, twierdziła, że gdyby za niego nie wyszła, jej życie byłoby usłane różami.
Za każdym razem, gdy jej mąż miewał jakiekolwiek finansowe problemy, ona się od niego odwracała, twierdząc, że firma i odpowiedzialność za jej pomyślne prowadzenie należy do niego. Nie wspierała go w działaniach. Nie pomagała mu w dźwiganiu ciężaru, który na nich wówczas spadał. Nie. Oliwia odchodziła. Nie dosłownie, bo fizycznie wciąż przy nim trwała. Choć jakie to trwanie, powiedzcie?

TO jest trwanie!

Gdy wszystko wracało do normy, kobieta odzyskiwała wiarę w męża i sens ich dalszego małżeństwa. Stawała się aniołeczkiem, którego mężczyźnie zazdrościli wszyscy kumple. Była dla niego dobra, wyrozumiała i pomocna. Stawała na rzęsach, by spełnić każdą, nawet tę najbardziej zwariowaną, zachciankę męża.

Jeżeli Twoje MIEĆ determinuje BYĆ, to z czasem staniesz się taką Oliwią (albo męskim odpowiednikiem – np. Oliwierem). Z czasem to ilość pieniędzy, którymi dysponujesz (albo którymi dysponuje ktoś inny), będzie decydowała o tym, kogo obdarzasz szacunkiem. Będziesz myślał w kategoriach – czy z danej relacji mogę coś mieć? Czy opłaca mi się angażować czas w znajomość z tym człowiekiem? Czy na szczerości z nim / nią coś stracę?

To jest problem! Nie to, że masz – w pojęciu ludzi – „za dużo”, nie to nawet, gdybyś sam tak uważał. Problemem jest to, że ilość pieniędzy wpływa na Twój stosunek do ludzi.
Nie masz obowiązku angażować się charytatywnie, jakkolwiek inaczej też nie – fajnie jeżeli to robisz – ogromny plus, ale przecież nikt od Ciebie tego nie oczekuje. To też nie tak, że człowiek bogaty jest znienawidzony przez społeczeństwo z zasady – kiedyś może tak było, ale sama widzę jak aktualnie zmienia się podejście ludzi do pieniądza i do wzbogacania się.
Chodzi wyłącznie o to, byś – jak to fenomenalnie ujął ks. Jacek Stryczek – był ubogi w duchu.

Pieniądze nie mają znaczenia – znaczenie ma to, co one robią z człowiekiem. Dla Boga ważny jest człowiek. Ubóstwo w duchu, to przerwanie tej tajemniczej, acz niesłychanie silnej zależności między tym, co mam, a tym, kim jestem.Ks. Jacek Wiosna Stryczek

A wtedy na pewno MIEĆ nigdy nie zachwieje tego, co znaczy dla Ciebie BYĆ.

[pukka_grid id=”3815″ load_more=”off”]