Czy już Wam wspominałam, że mam niezwykle inteligentnego tatę? Jestem przekonana, że tak, ale pozwólcie, że wspomnę o tym raz jeszcze.
Wiele lat temu, gdy podejmowałam jakieś szalenie istotne decyzje, które miały zdecydować o reszcie mojego życia, powiedział coś, co zapadło mi w pamięć i co nieustannie – znajdując się w różnych sytuacjach życia – sobie powtarzam. Powiedział: Ula, lepiej być najgłupszym wśród najmądrzejszych, niż najmądrzejszym wśród najgłupszych.

Wracam do tych słów co jakiś czas i analizuję – czy aktualnie jestem w tej lepszej, czy gorszej sytuacji?

Pokaż mi swoich najbliższych przyjaciół, a powiem Ci jak skończysz

Nic odkrywczego w tym twierdzeniu, wydaje się, nie być. Ot – w inny sposób ubrane klasyczne powiedzenie: z jakim przystajesz, takim się stajesz. Ale, jeżeli nie macie nic przeciwko, porozmawiajmy o nim chwilę, co?

W jednej z książek przeczytałam swego czasu, że na nasz styl życia największy wpływ ma życie sześciu osób, z którymi spędzamy najwięcej czasu. Nasi rodzice, przyjaciele, znajomi z pracy. Ludzie, z którymi codziennie dzielimy się swoją codziennością. Wciąż brzmi to bardzo logicznie i średnio odkrywczo.
A jednak, gdy myślę o tych słowach dłużej, gdy przypominam sobie różne momenty mojego życia i różnych ludzi, którzy w tym czasie dotrzymywali mi kroku, widzę siebie jako kilka zupełnie różnych osób. Nie ma to związku z brakiem stałych fundamentów i zasad w życiu, przez co niczym ta chorągiew dostosowywałam się do kierunku i siły wiatru, który mną smagał.

Możliwe, że w pewnym sensie wynikało to z młodości. Mózg dziecka jest plastyczny, szybciej przystosowuje się do rzeczywistości, która go otacza, gdy ma jeszcze niewyrobione poglądy, przekonania i nie wie czym jest asertywność. Z czasem mniejszy wpływ wywierają na nas ludzie. Skupieni na najważniejszych kwestiach naszego życia, trochę mniej przejmujemy się tym, jak wygląda to prowadzone przez naszych znajomych; o czym i jak mówią. Wychodzimy z założenia, że każdy jest kowalem własnego życia i gdybyśmy mieli przejmować się każdym pojedynczym istnieniem, z pewnością wylądowalibyśmy w psychiatryku.

Z drugiej strony, przecież równie logiczne jak to, że jako dzieci patrzymy na świat przez pryzmat domu, w którym się wychowujemy, jest to, że w każdym momencie naszego życia, chłoniemy również przyzwyczajenia, zachowania, nawyki ludzi, którymi się otaczamy.

W każdym momencie. Niezależnie od tego czy mamy 5, 10 czy 30 lat. To nie tak, że słuchając wiecznie niezadowolonej z życia Zośki, dla której cały świat jest be, tylko nie ona, nie przejmujemy z czasem jej podejścia do życia traktując je za normalne. Zresztą, o czym my tu rozmawiamy, przecież ty od dawna o tym wiesz. Żadna to tam Ameryka.

Ale jeżeli chłoniesz problemy Zośki, to tak samo chłoniesz sukcesy Mietka. Sukcesy, ale nawet bardziej niż te – jego sposób myślenia o życiu. To działa na dokładnie takiej samej zasadzie. Więc z logicznego punktu widzenia warto byłoby z takim Mietkiem trzymać sztamę.

Ale bycie najgorszym wśród najlepszych jest niewygodne

Bo bardzo często demaskuje nasze kompleksy. Bo jeżeli mamy problem z własnym “ja”, którego nie lubimy i nie akceptujemy, będzie nam niezwykle trudno być sobą w towarzystwie kogoś, kto nam imponuje. Będziemy chcieli kreować się na kogoś lepszego, mądrzejszego, zabawniejszego. Będziemy dłużej myśleli nad tym, czy warto o czymś powiedzieć, czy nie jest to zbyt głupie, średnio interesujące.
Czasami będzie nam łatwiej powiedzieć o czymś wstydliwym/osobistym osobie, na której zdaniu szczególnie nam nie zależy. Kto – nierzadko – z aprobatą przyklaśnie naszemu zachowaniu, mimo iż w głębi serca wiemy, że właściwie nie ma czemu przyklaskiwać.

Bycie najgorszym wśród najlepszych może powodować pogłębianie się kompleksów, z którymi sobie nie radzimy, bo wciąż ktoś będzie nam o nich przypominał. Tak jak osoba szczupła przypomina otyłej o nadwadze. Jak ta o świetnych zarobkach i bogatym doświadczeniu zawodowym przypomina komuś znajdującemu się w gorszej sytuacji finansowej jak niewiele zarabia. Nie trzeba wypowiedzieć choćby słowa, by przypomnieć komukolwiek, że ma gorzej.

Dlatego, jeżeli nie znamy własnej tożsamości, nie lubimy tej osoby, która z bólem patrzy na nas z odbicia w lustrze, bardzo często zaczniemy uciekać do ludzi, wśród których czujemy się mądrzejsi, ładniejsi, bardziej błyskotliwi, zabawniejsi. Zmęczeni nieustającymi klęskami, które wynikają z porównywania się do osób, które nam imponują; zmęczeni ciągłym udawaniem, wybierzemy towarzystwo, przy którym w końcu możemy być sobą.

Bycie najgorszym wśród najlepszych niszczy “ja” i je buduje

O tym, dlaczego i kiedy niszczy już powiedziałam. Teraz – dlaczego buduje? Ano dlatego, że jeżeli grono Twoich przyjaciół składa się z bystrzaków, osób ambitnych, artystów, wrażliwców to chcesz czy nie chcesz, z czasem na pewne rzeczy będziesz patrzył podobnie do nich. W końcu najbliższe otoczenie, ludzie, z którymi spędzasz najwięcej czasu na nowo zdefiniują pojęcie normalności w Twoim życiu.
Pojęcie normalności, przeciętności, sukcesu. Wszystkiego. Oni w znacznej mierze staną się Twoim punktem odniesienia. Do nich będziesz porównywał resztę świata.

Ma to swoje minusy, na porównaniach bowiem można bardzo wiele stracić. Zwłaszcza takich, w których to ty stanowisz resztę świata*. Istnieje ogromne niebezpieczeństwo, że się pod nimi złamiesz, przestaniesz w siebie wierzyć. Tak skupiony, by dorównać swoim “mistrzom”, przestaniesz czerpać radość ze swojego życia. Wciąż będziesz twierdził, że jest ono “nie dość dobre”. Jest ogromne ryzyko, że nie docenisz, jak wiele posiadasz. Ujmując to metaforycznie – będziesz marzył o tym, by dostać się do nieba, nie wiedząc nawet, że siedzisz na jednej z chmur.

Boję się, że bycie najgorszym wśród najlepszych nie zaszkodzi Ci tylko wówczas, gdy – jakkolwiek trywialnie to zabrzmi – będziesz akceptował to, kim jesteś. I kiedy zrozumiesz, że są sfery, w których nigdy, choćbyś ćwiczył latami, nie będziesz lepszy od swojego autorytetu w danej dziedzinie – kimkolwiek ten miałby być. Ale kiedy to wszystko stanie się dla Ciebie oczywiste, kiedy autentycznie pokochasz własne życie, niezależnie od tego czy jesteś supermodelką, lekarzem, prawnikiem, ochroniarzem czy budowlańcem, wtedy ogromnie dużo zyskasz przebywając w towarzystwie ludzi, którzy w Twoich własnych kategoriach są od Ciebie lepsi.

*pisząc „reszta świata” w tym konkretnym zdaniu, mam na myśli: znajdujesz się w tej gorszej podczas porównań pozycji. 

Zdjęcie: filmweb.pl

Co myślicie o podejściu, którym kieruję się w życiu? Czy uważacie, że to rozsądny sposób myślenia, czy znajdujecie w nim jakieś rysy, których być może sama nie dostrzegam? I wreszcie – czy zasadę otaczania się wśród najlepszych można podciągnąć pod każdą sferę życia? Kiedy Waszym zdaniem podejście to nie zdaje egzaminu? 

[pukka_grid id=”3897″ load_more=”off”]