Nie gap się, karcę się w duchu! Nie lamp się tak bezczelnie, bo jeszcze pomyśli, że się zakochałaś! Mimo wszystko się gapię. Obserwuję jej nieprawdopodobnie genialną figurę, co za tyłek! Czy ona nic nie je? A te włosy, przecież to jawna niesprawiedliwość, że ludzie mają tak gęste i piękne kudły.
Nie gap się, durna! Wrzeszczę do siebie w duchu, udawaj, że w ogóle tego nie widzisz, że Cię to nie rusza. Niech sobie ma ten chudy tyłek, zjawiskowe i gładkie, niczym z reklamy head&shoulders, włosy. Nie obchodzi Cię to!

No ale nie, przecież obchodzi. Przecież ewidentnie nie mogę oderwać od niej oczu. Cholera jasna! Powiedz jej, słyszę cichy szept w głowie, powiedz jej, że fajnie wygląda, przecież tak właśnie uważasz, nie?

– masz rewelacyjne włosy! Serio, oczu nie mogę oderwać, tak mi się podobają.
– ach… coś Ty! Od tygodnia nie mogę doprowadzić ich do porządku, puszą się, kręcą kiedy nie trzeba. Są okropne.

Uśmiecham się, choć tak naprawdę mam ochotę jej przyłożyć. Ja i moje 5 włosów na krzyż właśnie układamy w głowie plan pozbawienia jej życia. Trwa to chwilę co prawda, bo ani mi, ani moim włosom wcale nie spieszno do więzienia, ale autentycznie chce mi się wrzasnąć, że jest okropną paskudną jędzą, że mogłaby po prostu uśmiechnąć się, podziękować i tyle.
Nic więcej. Po kiego te zaprzeczenia, ta fałszywa skromność? No przecież ma w domu lustro, wie jak wygląda. A nawet jeżeli sama nie jest o tym przekonana, to na 100% spotkała w ciągu swojego życia mężczyznę, który ją o tym zapewnił. No jak bum cyk cyk.

*

Od 20 minut gapię się w sufit i próbuję nie myśleć. Nie chcę myśleć, bo wtedy bardzo się boję. Bo wyobrażam sobie koniec. Powolutku wychodzę z pokoju, chcę niepostrzeżenie przejść do kuchni, napić się wody. Potem znowu wskoczę do łóżka, otoczę się pościelą i zatkam sobie uszy. Byle nie słyszeć.
Jestem przerażona, nienawidzę jak się kłócą.
Powolutku, tup, tup. Korytarz. Tup, tup. Kuchnia, tup…

Najpierw dostrzega mnie ona, jest trochę wstawiona, ale zauważa moje spuchnięte oczy.
– zobacz, twoja córka płacze – mówi do mężczyzny siedzącego tyłem do mnie. Ten nawet nie podnosi głowy, nie odwraca się.
– to też Twoja córka – odpowiada.

*

– spierdalaj stąd dzieciaku. Won do domu. – jego oczy są czarne jak węgiel, prawdopodobnie w tej chwili wyobraża sobie jak wbija zęby w moją szyję i rozszarpuje ją niczym wygłodniałe zwierze.

Przypominam sobie sytuację sprzed kilku dni, kiedy brat Marty Suchockiej powiedział przy swoich kumplach, że jego siostra jest najfajniejszą dziewuchą pod słońcem i że mogą się z nim o to spierać, zaprzeczać temu, a i tak nie będą mieli racji.
Mój brat nigdy tak nie powie, dla niego jestem małym śmierdzącym i ciągle czegoś chcącym bachorem.
Zanim odchodzę, spoglądam ukradkiem w twarze otaczających nas chłopców. Uśmiechają się głupkowato w moją stronę, jeden z nich macha mi dłonią na pożegnanie i bezgłośnie porusza ustami, co odszyfrowuje jako “spier-da-laj”.
Inny, moja pierwsza naiwna miłość, trzyma ręce w kieszeniach i udaje, że w ogóle nie zwrócił na mnie uwagi. – wynocha, brudasie! – dodaje mój brat. Boże, jeżeli istnieje piekło, to chyba się w nim znalazłam.
Odchodzę.

*

– mamo! No chodź już!
– już, już, zakładaj czapkę, zaraz przybiegnę – krzyczy z kuchni.
– mamo, ale poniszczę włoski.
– och, dobrze, to nie zakładaj. Tylko matce nic nie mów – wybucha śmiechem, a po chwili materializuje się w przedpokoju, poprawia mi sukieneczkę i twierdzi, że wyglądam jak cukiereczek.

Dziś Andrzejki. Moje pierwsze prawdziwe Andrzejki. Mam lekko pokręcone włoski, różową sukienkę i białe rajstopki. Chyba nigdy nie wyglądałam tak ładnie. 

Nauczycielka prosi byśmy ustawili się w dwóch kolejkach. Dziewczynki po prawej, chłopcy po lewej. Będziemy przebijać szpilką serduszko z imionami i poznamy, kto jest nam pisany na całe życie. Dziewczynek w klasie jest znacznie mniej, więc kolejka, w której stoję, porusza się szybciej. Gdy tylko poznajemy imiona swoich ukochanych, podbiegamy do chłopców, by dowiedzieć się który z nich wybrał nas. 

– eee! Łukasz wybrał Anię! – śmieją się chłopcy stojący nieopodal niego. Ten zwiesza głowę i siada smutny na stojącym w rogu sali krzesełku. Chłopcy podbiegają do niego i wskazują palcem na mnie. Chyba nie chciał mnie wylosować. 
Jest mi tak bardzo przykro.

*

Powstrzymuję łzy napływające do moich oczu, gdy nauczycielka publicznie wyśmiewa moją klasówkę. Czyta napisane przeze mnie zdania, które przez kilka kolejnych dni staną się największym hitem w klasie. Gdybym mogła, zapadłabym się pod ziemię, wyfrunęłabym przez okno, zamieniłabym ją w kupę gówna. Zamiast tego, udaję że mnie to nie rusza. Śmieję się z innymi.

Gdy przekraczam próg domu, dowiaduję się, że ta głupia flądra postanowiła podzielić się wrażeniami na temat mojego dzieła ze starszymi. Dostaję solidny opieprz od ojca, którego szyja przybiera brunatny kolor, gdy wypluwa z siebie jak bardzo się na mnie zawiódł. Tygodniowy szlaban na podwórko, tak brzmi wyrok.
Zamykam się w pokoju i wyję do księżyca. Kilka godzin później słyszę:
– nie wiem co z niej wyrośnie – mówi głośnym szeptem ojciec. – Ani to urodziwe, ani mądre.
Świat się zawalił.

*

– dobra z Ciebie dupa – twierdzi chłopak, z którym umawiam się od kilku tygodni. Cieszę się z tych słów. Bardzo się cieszę. Postanawiam nigdy, przenigdy nie usuwać sms-a, w którym mnie o tym informuje. Nazajutrz, cała rozpromieniona, pokazuję go Zośce. Ta wzrusza ramionami obojętnie, choć mam wrażenie, że daleko jej do obojętności, bo później wiele razy przyłapuję ją na tym, jak z zainteresowaniem mi się przygląda.
Pewnie sama nigdy nie usłyszała podobnego komplementu.

Po dwóch tygodniach rozstaję się z Błażejem – tym od sms-a. Przyłapuję go, gdy mizdży się do Sylwii z równoległej klasy. Dupy mu się pomyliły. Tak powiedział.

*

Spóźnię się! Jak nic się spóźnię, jeżeli zaraz nie podjedzie autobus. Na domiar złego zapomniałam biletu, nie mam w portfelu drobnych i będę musiała jechać na gapę. Szybciej, szybciej – modlę się w duchu. 
– masz rewelacyjne włosy! Serio, oczu nie mogę oderwać, tak mi się podobają. – zagaduje mnie nagle jakaś dziewczyna stojąca obok.
– ach… coś Ty! Od tygodnia nie mogę doprowadzić ich do porządku, puszą się, kręcą kiedy nie trzeba. Są okropne. – nie wiem gdzie podziać oczy. Bezpośredniość tej dziewczyny zawstydza mnie. By zyskać na czasie odwracam od niej wzrok i dostrzegam wyłaniający się zza skrzyżowania autobus. Znów spoglądam jej w oczy, uśmiecha się i nic nie mówi. – Miłego dnia! – dodaję w końcu, gdy autobus podjeżdża na przystanek. Wsiadam do niego, zajmuję miejsce obok okna i obserwuję nieznajomą. Nie podziękowałam jej! Uświadamiam sobie nagle.

Nie podziękowałam jej, mimo że dawno nie usłyszałam z niczyich ust tak szczerego i bezinteresownego komplementu.
Jaka szkoda, że jej nie podziękowałam.