zapraszanie gości na ślub

Okres przygotowań do ślubu to niezwykły czas. Nie ma w tym zdaniu odrobiny ironii. Są rzeczy, których nie chce się załatwiać i takie, których załatwianie nie przebiega najsprawniej. Ale to zupełnie jak ze wszystkim. Zanim zrobisz smaczny obiad, trzeba przecież te wszystkie składniki przygotować, wcześniej kupić, a jeszcze wcześniej na nie zarobić. Czy każdy etap powstawania obiadu sprawia, że z radości chce nam się skakać? Strzelam, że nie. Ale obiad wart jest poświęcenia, prawda? Mało tego, są ludzie, którzy większą radochę czerpią z przygotowywania niż konsumowania.
Tak słyszałam.

Ciągnąć analogię do obiadu – bardzo wiele razy słyszałam, że WYBÓR nań składników, że późniejsze ich odmierzanie i przyrządzenie to droga przez mękę. Zakup rocznego zapasu meliski, twierdzili znajomi i nie-znajomi, to w tym przypadku wydatek absolutnie usprawiedliwiony. Niezbędny, wręcz. Radziły, podpowiadały i przestrzegały. Zwłaszcza przestrzegały. 

I tak – zanim kupiłam suknię, wiedziałam, że zapłacę za nią fortunę. A skoro budżet, który na tę przyjemność zaplanowałam, wielkością fortuny raczej nie przypominał, było mi smutno, że prawdopodobnie stanę przed wyborem: droga albo brzydka. Zanim zarezerwowaliśmy miejsce na zabawę weselną, wiedziałam, że nie ma co tracić chwili na zastanawianie, bo jeszcze sprzątną mi to miejsce sprzed nosa (co, nie zaprzeczam, w wielu przypadkach okazuje się prawdą). Zanim wybraliśmy nadwornego grajka, słyszałam, że jeżeli inwestować w zespół, to w jakiś polecony. Nawet jeżeli droższy, bo te po taniości to o kant dupy rozbić.
Zanim przyjęłam oświadczyny Melancholika, słyszałam, że po ślubie jest wielkie czarne nic, a zanim zaczęliśmy zapraszać gości na ślub, dowiedziałam się, że będzie to naszą największą zmorą. 

No więc jak to z tym zapraszaniem w istocie jest? Czy rzeczywiście to najstraszniejszy i najbardziej mroczny etap przygotowań do ślubu? Bo z tym, że czasochłonny, trudno się nie zgodzić. Zwłaszcza jeśli, tak jak w naszym przypadku, zaproszonych jest 400 osób*.

Zaprosiliśmy już prawie wszystkich gości, więc myślę, że to dobry moment by na te pytania odpowiedzieć. Zanim jednak to zrobię, zdradzę Wam co konkretnie przed zapraszaniem usłyszałam.
Usłyszałam, że co tydzień będziemy zachlani, bo przecież “ze mną się nie napijesz?” to pytanie, które śmiało pod kątem częstotliwości padania, można postawić obok klasycznego zwrotu “ale piździ.” – zimą i “napiłbym się browara!” – latem. Dowiedziałam się również, że prawdopodobnie milion razy usłyszę pytanie: „Dlaczego impreza jest tak daleko od kościoła?” Że padną sugestie by zaprosić wujka Gienka, szwagra kuzynki Adelajdy – a więc, że goście będą próbowali nam sugerować kto na weselu znaleźć się powinien, a kto absolutnie nie.
Ogólnie, mimo że oboje z Melancholikiem mamy fajne rodziny i fajnych znajomych, od początku towarzyszyło mi uczucie, że zapraszanie gości będzie swego rodzaju polem bitwy, który należy wygrać.
Albo chociaż ograniczyć ilość własnych obrażeń. 

Z perspektywy czasu chciałoby się powiedzieć, że te wszystkie emocje, które mi wówczas towarzyszyły były niepotrzebne. Choć z drugiej strony, to jak ostatecznie wyglądało zapraszanie bardzo pozytywnie mnie zaskoczyło. Może skala tego zaskoczenia byłaby mniejsza, gdybym wcześniej nie usłyszała tylu negatywnych zapowiedzi.

Okazało się, że zapraszanie gości w niczym nie przypominało pola walki. Ani razu nie spotkałam się z wyrzutem: “ze mną się nie napijesz?”, mimo że wiele razy odmówiliśmy picia alkoholu. Ani ja, ani Melancholik nie musieliśmy tłumaczyć dlaczego hotel, w którym będzie wesele znajduje się 25 km od kościoła. Czasem padały pytania o to, kogo zapraszamy, ale nigdy sugestie, że coś “wypada” albo “nie wypada”. Gdy tłumaczyliśmy – zapraszamy tylko ważnych w naszym życiu ludzi, stąd np. brak zaproszenia dla wspomnianego wujka Gienka, szwagra kuzynki Adelajdy, słyszeliśmy: bardzo mądre podejście! To jest WASZ dzień i Wy macie się dobrze tego dnia czuć.

Ale żeby nie było, że zapraszanie gości było fajnym doświadczeniem wyłącznie dlatego, że ci w trakcie nas nie zdenerwowali. Co to, to nie. Było fajnie, bo mogliśmy na chwilę oderwać się od tych wszystkich naglących spraw do załatwienia, które wciąż – mniej bądź bardziej natarczywie – upominają się o uwagę. Bo usiedliśmy na mięciutkiej kanapie i przez chwilę nigdzie się nie spieszyliśmy. Ani my, ani nasi goście. Byliśmy po prostu razem. Rozmawialiśmy. Śmialiśmy się.

zapraszanie gości na ślub

I to było ważne. Bardzo ważne.

Jeżeli więc Ty przygotowujesz się do ślubu, jeżeli właśnie odbierasz cieplutkie zaproszenia, a w Twojej głowie krąży natrętna myśl: “oezu! Teraz trzeba latać po tych ludziach.” To przez chwilę pomyśl o tym inaczej.
1. To Ty decydujesz o tym, kogo zapraszasz. Jeżeli myśl o obecności wujka Gienka, szwagra kuzynki Adelajdy, powoduje, że masz ochotę podejść do ściany i z impetem w nią walnąć, nie zapraszaj wujka Gienka. Serio, jakkolwiek by to nie brzmiało. TO JEST TWÓJ DZIEŃ. Nie ma ani jednego powodu, dla którego miałbyś zapraszać nań kogoś, kogo po prostu nie lubisz. Nawet jeżeli tym kimś jest członek rodziny.

2. A jeżeli wśród zapraszanych są sami fenomenalni ludzie – albo przynajmniej większość – to odpręż się, pomyśl o tych spotkaniach jak o kolejnej okazji do wspólnego spędzenia czasu, jak o jakimś miłym wydarzeniu, a nie czymś, co trzeba odbębnić, bo jeszcze jest tyle rzeczy do ogarnięcia.

Daj sobie czas na zapraszanie gości i delektuj się nim. Bo to naprawdę fajny etap.
Przynajmniej ja tak właśnie go wspominam. 

A jak ten czas wspominają moje Szanowne Czytelniczki – mężatki/narzeczone i Szanowni Czytelnicy, którzy również mają go już za sobą?

*żartowałam. Tak tylko sprawdzam, czy uważnie czytasz.

[pukka_grid id=”3956″ load_more=”off”]