Jest kilka zasad, którymi w życiu staram się kierować. Wśród nich jest: nie podjadam w nocy, nie rozpoczynam dnia od skosztowania małej czarnej i nie podrywam żonatych mężczyzn. Dobra, w ogóle nie podrywam innych mężczyzn niż Melancholik. To, jakby, oczywiste. Ale zapomnijmy na chwilę o tym, że jestem w związku i że z uwagi na permanentne zakochanie w moim Mężczyźnie, nie dostrzegam innych facetów i generalnie – sorry – wszyscy mogliby nie istnieć.

Na potrzeby poruszanego tematu, zapomnijmy o tym.
Bo okazuje się, że podrywanie albo danie się poderwać żonatym mężczyznom nie wchodzi w grę w moim przypadku niezależnie od tego, czy jestem w związku czy też nie. Po prostu – kurwa! – nie. To kwestia zasad, które sprawiają, że żonatego gościa nie umiem ocenić w kategoriach ewentualnego przyszłego partnera. Świadomość, że istnieje kobieta, której ów delikwent przysiągł miłość do śmierci, sprawia, że staje się on w moich oczach absolutnie aseksualny. To działa zupełnie tak samo jak w przypadku niskich mężczyzn. No, choćby intelektem prześcigał samego Einsteina, a urokiem Jake’a Gyllenhaal’a, no nie ma szans, żebym potraktowała go w kategoriach innych niż „kumplowskich”.

Kilka lat temu poznałam pewnego, bardzo interesującego – osobowościowo – mężczyznę. Dość szybko znaleźliśmy wspólne tematy, żarty, którymi mnie raczył łapałam w lot, spędzanie czasu w jego towarzystwie mnie odprężało. Dodatkowo miał żonę, o której co prawda nie mówił często, ale gdy już to robił, słychać było bardzo silne uczucie, więc czułam niejaką pewność, że nie ma co do mnie żadnych niecnych planów. Z czasem jednak zauważałam, że coraz częściej rzucał w moim kierunku jakieś uprzejme uwagi. Niby nic zdrożnego, że jestem sympatyczną dziewczyną, że lubi moje towarzystwo, że mam fajne poczucie humoru. Takie tam.

Pozornie w tych uwagach nie było nic, co normalnemu człowiekowi wydałoby się niestosowne, ale mi zapaliła się lampka w głowie, bo komplementy, w moim odczuciu, pojawiały się zdecydowanie za często. Postanowiłam więc tę relację nieco ochłodzić.
Efekt był taki – zawsze tak mam, gdy próbuję zniechęcić do siebie ludzi – że z czasem stałam się dla niego złośliwa, wkurzająca i nieprzyjemna. Poskutkowało.
Piszę o tym, bo kilka dni temu odbyłam dość burzliwą wymianę zdań na temat podrywania zajętych facetów z jedną z moich kumpeli. Stwierdziłam, że to smutne, iż są kobiety/mężczyźni, którzy podrywają (dają się podrywać) wszystkich jak leci. Nie stosują w życiu żadnych zasad, żadnego filtra w doborze uwodzonych przez siebie osobników. Wychodzą z założenia: „Jestem singlem, więc mam prawo podrywać kogo chcę. Przecież nikogo do niczego nie zmuszam. Jeżeli żonatemu mężczyźnie to przeszkadza, nie wejdzie w żadną ze mną relację.” Koleżanka powiedziała wówczas coś, z czym w istocie trudno się nie zgodzić: „Nie chcę być z facetem, który nie potrafi przed takimi kobietami się obronić, któremu byle słabość stanowi pretekst do tego, by wylądować z kimś w łóżku.”
Jakaś strona mnie zgadza się z tym, co powiedziała koleżanka. Nie sztuką jest oprzeć się pokusie, gdy ich nie ma, sztuką jest to zrobić, gdy wokół aż się od nich roi. Po tym poznamy siłę mężczyzny czy kobiety, jak sobie poradzi w sytuacjach trudnych. Czy mężczyzna da się uwieść pięknej, ponętnej i obdarzonej niezwykłym ciałem kobiecie, czy może powie: „fajna jesteś, normalnie już byśmy jechali do mojego mieszkania w wiadomym celu, ale wiesz, mam żonę. Nic tu po mnie.”?

Mocne co? Wyobrażasz sobie swojego faceta, który stojąc przed uosobieniem wszystkiego co go w kobiecie zachwyca, mówi: „Spadam do żony.”? WOW.

Czerń. Biel. Szarość.

pexels-photo-70737

Niezwykłe małżeństwo. Kilka miesięcy temu, razem z małą Olą przeprowadzili się do jednego z większych miast w Austrii. Sylwia aktualnie nie pracuje. Opiekuje się dzieckiem. Robert zasuwa od świtu do zmierzchu. Traktują to za tymczasową sytuację. Plan jest taki, że po roku wrócą do domu. Do Polski. To bardzo trudny okres w życiu Sylwii i Roberta. Długo zastanawiali się nad tym, czy opuścić granice ukochanego kraju, bliskich i wyemigrować. Analizowali inne sposoby zarobku. Czy istnieje szansa, że pozostając w Polsce uda im się zarobić pieniądze na operację, bardzo poważnie chorej Oli?

Zdecydowali, że nie ma takiej możliwości.
Robert pracuje na dwie zmiany. Zwraca się do przełożonego, by pozwolił mu przychodzić do pracy również w weekendy. Tempo, które sobie narzucił z czasem zaczyna go przytłaczać. Nad relacją Sylwii i Roberta powoli gromadzą się czarne chmury. Nie od razu dostrzeżone. Para coraz rzadziej ze sobą rozmawia, a gdy już dochodzi między nimi do jakiejkolwiek wymiany zdań, w końcu zaczynają się kłócić. Robert nie rozumie dlaczego Sylwia nie potrafi pojąć, że wszystko, co robi, czyni z myślą o niej i małej Oli. Sylwia zanosząc się gorzkimi łzami, mówi, że traci w nim przyjaciela, który zawsze ją rozumiał i wspierał, tłumaczy również, że nie może odnaleźć się w nowym otoczeniu, nie ma przyjaciół. Rodzinę, z którą co jakiś czas się kontaktuje, okłamuje, że wszystko jest w porządku. Że Robert dużo pracuje, ale ona się cieszy, bo może dzięki temu szybciej wrócą do Polski. Że poznaje nowych ludzi, że nie jest tak strasznie, jak sobie wyobrażała. A potem płacze. Płacze, bo nie potrafi znieść myśli, że związek, w który wkładała z mężem tyle serca, pracy i miłości powoli przestaje istnieć. Bo Robert od wielu miesięcy jest, ale go nie ma. Bo nie może mówić mu co czuje i za czym tęskni, bo przecież on to wszystko robi dla niej. I dla małej Oleńki.

Przez jakiś czas jest dobrze. Wciąż nie rozmawiają, ale przynajmniej się nie kłócą. Oboje chyba przywykli do sytuacji, w której się znaleźli. W pewien niedzielny wieczór, Robert mówi spokojnie: kochanie, przełożony wysyła mnie na tygodniową delegację za miasto. Wyjeżdżam jutro. Sylwia nie wytrzymuje. Wyrzuca mężowi wszystko to, z czym sobie nie radzi, mówi o pogłębiającej się depresji i o tym, że jest samotna. Robert nie pozostaje dłużny swojej małżonce, krzyczy jej w twarz, że jest niewdzięczna, bo przecież dzięki jego pracy będą mogli szybciej nazbierać pieniądze dla Oli i że ma jej dość. Wychodzi do baru. Nie wie kiedy wróci.

A potem staje przed uosobieniem wszystkiego, co w kobietach go zachwyca. Piękna, drobna czarnooka dziewczyna uśmiecha się do niego zalotnie i pyta, czy może dotrzymać mu towarzystwa. Nie krzyczy, o nic nie ma pretensji, po prostu się uśmiecha. Mężczyzna zgadza się na jej towarzystwo, stawia jej drinka, bo przecież dawno z nikim, tak po prostu nie rozmawiał.

Opisuję Ci tę sytuację, bo każda relacja złożona jest z wielu odcieni. Bo łatwo jest powiedzieć, że facet, który nie oparł się wdziękom kuszącej go piękności jest totalną cipą, gdy wyobrazimy sobie, że cipą jest tak ogólnie. Łatwo jest zarzucić mężatce, która ulega wdziękom przystojnego singla, że jest niewierną dziwką, gdy nie mamy kompletu informacji o tych ludziach.

I nie chcę teraz usprawiedliwiać zdrady. Bo zdrada nie ma usprawiedliwienia. Bo to wciąż jest ogromna krzywda. Nóż w serce. Coś, czego – bez ogromnej siły – nie sposób wybaczyć. Chcę jedynie zaznaczyć, że gdyby ta Czarnooka piękność, którą „Robert” spotkał w barze nie wychodziła z (z pozoru) nieszkodliwego założenia, że „Jestem singielką, więc mam prawo podrywać kogo chcę.”, może „Robert” wróciłby by po tych kilku piwach do domu, do roztrzęsionej, ale wciąż kochającej żony. Może jedno więcej małżeństwo nie przestałoby istnieć.

Nie podrywam żonatych mężczyzn, bo uważam, że to bestialstwo w najgorszej postaci. Bo nawet fenomenalne pary przechodzą różnego rodzaju kryzysy i trudności, które niekoniecznie muszą oznaczać, że relacji nie można odratować. Bo uwodzony przeze mnie facet, patrząc na mnie widzi tylko to, czego brak mu w jego żonie. A więc najpewniej nie dopuszcza do świadomości, że w życiu codziennym mogę być kimś, kogo nawet by nie polubił.

Bo to trochę tak, jakby odebrać okulary ślepemu i kazać się bić.
Można, ale nie ma w tym odrobiny klasy.