– Jeszcze nie dziś – myślę pod nosem, patrząc na powiększającą się stertę prania, która dzielnie barykaduje mi drogę do sedesu.
Kilkadziesiąt minut później klęczę przed wanną, ręce mam mokre od wody, śliskie od proszku i zaczerwienione od szorowania, a w mojej głowie nieprzerwanie krąży myśl: Ulka, ty debilu! Zadzwoń do majstra i załatw sprawę z tą pralką.
Później rozwieszam pranie. Mąż w tym czasie odkurza podłogi. Szorujemy, pucujemy, czyścimy. Gdy mieszkanie jest względnie czyste, włączam sobie Przyjaciół i walę się na kanapę. Nagle dzwoni telefon.
– Co robisz? – pyta kumpela.
– Leżę i oglądam serial.
Rozmawiamy sobie kilkanaście minut o jakichś pierdołach, jak minął tydzień, co ciekawego w pracy i w domu, w końcu mówię, że zaraz wychodzimy z mężem na obiad do restauracji, a w odpowiedzi słyszę:
– Cały dzień siedziałaś w domu i nic nie mogłaś ugotować?
Wiecie, tu już nie chodzi o to, czy mogłam czy też nie. Nieważne nawet, że chwilę wcześniej lataliśmy na ścierach i ogarnialiśmy z Melancholikiem mieszkanie, bo to kwestia drugorzędna. Chodzi o ten niemy zarzut, że przecież jesteś babą, jest sobota, a w sobotę każda baba sprząta, siedzi w garach i pichci ciasta, a nie się szlaja po restauracjach. W tygodniu – tak, ale nie w weekend, for God’s sake!

Same jesteśmy sobie winne

Zdarza się, że rozmawiając z żonatymi facetami (ojcami) słyszę lament na temat tego, jak bardzo ich życie po pojawieniu się dziecka ssie. Żona z łóżka wygoniła, bo karmi; obiadu nie zrobiła, bo cały dzień/tydzień/miesiąc opiekowała się małym dyktatorem; tematu seksu nawet nie zaczepiają. Podobno ledwo pamiętają.
Zdarza się również, że autentycznie im współczuję. Czasem powiem o tym głośno, czasem przemilczę. Lecz dopiero później dociera do mojej świadomości fakt, że przecież nie jestem matką. I być może ten urlop macierzyński, który w moich wizjach wygląda jak wczasy na Majorce, od czasu do czasu zakłócanymi płaczem dziecka żądającego jedzenia, to tak naprawdę pole bitwy, na którym zawsze jest tylko jeden wygrany – dziecko.
Trzeba dużej empatii, żeby uświadomić sobie to wszystko. Trzeba olbrzymiej pokory, żeby przyswoić fakt, że rzeczy nie są czarne albo białe.
I prawda jest taka, że same się wzajemnie nakręcamy, babeczki. W bardzo wielu kwestiach rzucamy sobie kłody pod nogi, myśląc: ja bym zrobiła tak i tak, nie będąc nigdy nawet w podobnej sytuacji. Popularny ostatnio temat karmienia piersią w miejscach publicznych, w większości zhejtowany był przez mężczyzn albo kobiety, które nigdy nie znalazły się w podobnej sytuacji, bo – uwaga! – nie mają dzieci (albo cycek;). Matki, nawet jeśli uważały, że kobiety powinny zasłaniać swój biust przed wzrokiem innych ludzi, były delikatniejsze w wyrażaniu swojego poglądu. 
Podobnie jest z obowiązkami domowymi – żalimy się kumpelom, że faceci nam nie pomagają, że mają totalne wyjebongo na to, co dzieje się w chałupą i że nawet gdyby tornado po nim przeszło, to by nie zauważyli, a obok tego wciąż ich we wszystkim wyręczamy, ulegając społecznej presji, że kobieta została fizycznie dużo lepiej przystosowana do tego by prać, sprzątać, gotować i prasować.
Mężczyzna został stworzony do innych, WYŻSZYCH celów.

To nie jest kolejny tekst o równouprawnieniu

Wiecie, wbrew pozorom to nie jest tekst o równouprawnieniu. To jest tekst o przyjęciu do świadomości faktu, że to jak układam sobie życie (głównie w nawiązaniu do tematu, o którym piszę) to decyzja moja i mojego męża. Jeśli nie mam nic przeciwko w byciu kurą domową, fantastycznie – mogę sobie nią być. Jeżeli mój mąż chętniej garnie się do wykonywania domowych obowiązków i nie ma z tym większego problemu, fantastycznie – niech to robi. A jeżeli oboje wychodzimy z założenia, że pojawiający się w mieszkaniu brud to efekt wspólnego zaniedbania i świadomi tego ogarniamy je razem, to – suprise, suprise – również fantastycznie.
Chodzi o to, że to NASZA decyzja, a nie społeczeństwa, które zawsze wie jak być POWINNO.

Tradycyjny model rodziny != najlepszy model rodziny

Jestem zdania, że w życiu mamy ograniczoną ilość czasu i nie warto tracić energii na to, by robić coś, czego robić nienawidzimy tylko dlatego, że coś przez społeczeństwo zostało zdefiniowane jako normalne. Bardzo podoba mi się to, że coraz więcej facetów, bierze świadomy udział w tworzeniu swojej rodziny i wychowywaniu dzieci. Nie tylko sprawdzają im prace domowe, ale również wychodzą razem do parku, gadają o życiu, czy oglądają wspólnie filmy. Budują relację ze swoimi dziećmi. To jest w ogóle coś ekstremalnie fantastycznego.
Dlaczego o tym piszę? Dlatego, że nie jest to typowe zachowanie ojców. Bo ci, poza tymi szczególnie refleksyjnymi, w czasach mojej wczesnej młodości, dbali o utrzymanie domu, a nie budowanie relacji z dzieckiem. A przecież to, w pojęciu wielu, tradycyjny model rodziny. Czy lepszy?
Bardzo podoba mi się również, gdy mężczyzna z dumą w głosie mówi o tym, że ugotował obiad i nie wstydzi się przyznać do tego, że sprzątnął chatę na przyjście znajomych.
W moim domu rodzinnym to tata więcej gotuje. Nie zawsze tak było – dzieciństwo kojarzę tak, że to mama zajmowała się domem, przygotowywaniem obiadów i pilnowaniem tego, żebyśmy (ja i trójka rodzeństwa) nie pomarli w szkołach z głodu. W okresie szkoły średniej zmieniło się to w taki sposób, że to tata kupował nam bułki i owoce do szkół i robił obiady. To drugie zostało do dnia dzisiejszego.
Nie wiem co konkretnie wpłynęło na ten zwrot akcji, ale serio – dla mnie to, że facet siedzi w garach jest zupełnie normalne. Więc tym bardziej dziwi mnie ten społeczny zarzut, że jak pewne obowiązki w domu wykonuje mężczyzna, to ma okrutną żonę. Bez serca, w ogóle
Podsumowując, niech w waszych głowach zakiełkuje jedno zdanie: to, co dzieje się pod moim dachem, to decyzja jego mieszkańców*, a więc w moim przypadku: moja i mojego męża. Nie rodziców, nie teściów, nie przyjaciółek, ani nie ludzi z internetu. Moja.
Dziękuję. Dobranoc.
Kochająca, Ula.
*przemoc w domu nie. Przemoc zawsze powinna być sprawą społeczeństwa. Sęk w tym, że w to akurat mieszamy się najmniej. 


Nie uwierzysz co się stanie jak zapiszesz się na newsletter!:)