Odchudzanie nigdy nie było moją mocną stroną. Zawsze z totalnym zachwytem obserwowałam osoby, które potrafiły narzucić sobie dyscyplinę i po prostu trzymać się tego, co sobie postanowiły. Bo mi bardzo ciężko jest zrezygnować ze słodyczy, z jakiejś, przyjemnie rozpływającej się w ustach, przekąski do porannej kawy. Tak jest odkąd pamiętam.
Z jednym wyjątkiem – kilkoma miesiącami w roku 2014. Niestety, gdy tylko dieta dobiegła końca, a ja osiągnęłam zamierzone 65 kg, wróciłam do starych nawyków.  Wtedy też pierwszy raz zrozumiałam co w praktyce oznacza pojęcie „efektu jojo”. 
Obraziłam się wówczas koszmarnie na diety. Powiedziałam sobie: chrzanić te diety i to odchudzanie. Co z tego, że schudnę na reżimowej diecie, jeśli chwilę po jej zakończeniu niemiłosiernie tyję? Nie dlatego, że jem jak opętana, a dlatego że jem normalnie. Bez fanatycznego liczenia kalorii i czytania etykiet. Dieta powinna być stylem życia. Powinna wpasowywać się w nasz naturalny tryb życia – twierdziłam.
A mój naturalny tryb życia daleki był od tego, co proponowała dieta, której wówczas przestrzegałam. Bo mimo, że głodna raczej nie chodziłam, to trzeba przyznać, że codzienne przygotowywanie innych – i to zupełnie niestandardowych posiłków – z czasem zaczęło być uciążliwe. Tak więc kilogramy przybywały co spowodowało, że od zachwycającej wagi – 65 kg dotarłam do swojego osobistego dna jakim jest 78 kg.

Czasem, żeby coś zmienić, trzeba odbić się od dna

Dla mnie widok 78 kg na wadze był takim ciosem między oczy. Tak jak mówię, takim moim osobistym dnem. Nie planowałam diety i odchudzania. To nie tak, że sobie w któryś piątek czy inny poniedziałek usiadłam i powiedziałam, że od 1 listopada zaczynam odchudzanie. Wiecie jak było naprawdę? Położyłam laptop na udach, napisałam post na facebooka, podeszłam do męża, powiedziałam: wejdź na fanpejdż okularnicy, a potem wspólnie zaczęliśmy myśleć nad tym, co to wszystko będzie oznaczało w praktyce.  13 kg nie gubi się przez byle pierdnięcie.  Wiedziałam, że ta deklaracja to trzon poważnej zmiany jaka będzie musiała zajść w kwestii odżywiania i ogólnego funkcjonowania.
Ale o tym miałam pomyśleć później.

Co zmieniło się po miesiącu odchudzania?

Wizualnie niewiele, choć powstrzymuję się przed powiedzeniem, że nic. No ale coś się jednak zmieniło – 3 tygodnie codziennych 20-minutowych ćwiczeń na brzuch, uda i pośladki swoje zrobiło i osobiście czuję, że mam odrobinę jędrniejszą skórę.  Od wewnątrz zaszły zaś konkretne zmiany. 
Odkąd zamieszkałam „na swoim”, codziennie (albo prawie codziennie) bolał mnie brzuch. Był to ból umiarkowany, co oznaczało, że z czasem się do niego przyzwyczaiłam i nie narzekałam. Zastanawiałam się co jest głównym powodem tego dziwnego samopoczucia, bo mój jedzeniowy tryb życia był w miarę normalny – syte śniadanko, zupka w pracy, kanapki, obiad i kolacja.
Dopiero po przejściu na dietę i odstawieniu pieczywa, jestem pewna, że jedną z przyczyn tego złego samopoczucia były produkty na bazie mąki. Drugą – niemniej istotną – ciężkostrawne potrawy. Ja wiem, że generalnie ciężkostrawne potrawy mają to do siebie, że są ciężkostrawne, więc się je ciężej trawi, ale ja  mam wrażenie, że mój organizm nie trawił ich w ogóle. 
O reszcie zmian pisałam sporo na facebooku – nie jem słodyczy, piję dużo wody (kilkakrotnie więcej niż przed dietą), unikam smażonego, z uwielbianych przeze mnie schabowych (i pochodnych) zrezygnowałam w ogóle. Jem sporo warzyw. Unikam ziemniaków. Smaku majonezu nawet już nie pamiętam.

Słyszałam, że dobrze byłoby wprowadzić tzw. cheat day, podczas którego jadłabym to wszystko, czego podczas diety sobie odmawiam, a o czym skrycie marzę i śnię. Podobno to taki zdrowy kop dla metabolizmu. (napiszcie proszę w komentarzach albo na fb, jeśli jesteście w stanie powiedzieć więcej na ten temat, bo ja mam bardzo szczątkowe informacje). No więc z tego, co słyszałam, to podobno dobrze coś takiego wprowadzić i nie zarzekam się, że tego nie zrobię, ale biorąc pod uwagę tempo moich postępów, trochę się boję, że efekt tego działania będzie druzgocący. I mnie zgniecie:P
Błędu, którego nie popełniam tym razem jest  obsesyjne liczenie kalorii i reżimowe przestrzeganie diety.  Wiem, że takie działanie spowodowałoby, że zamiast cieszyć się efektami odchudzania, czułabym narastającą frustrację z ciągłego planowania posiłków. To nie dla mnie.
Jeśli chodzi o ćwiczenia, miałam kiedyś epizod z Chodakowską. Tym razem pomyślałam, że zacznę coś swojego, a jeśli z czasem będę w stanie przejść na jakieś gotowe programy ćwiczeniowe, to to zrobię. Nic na siłę, bo ja jestem choleryk i jeśli robię coś na siłę, to zawsze z czasem zaczynam tego czegoś nienawidzić. Tak więc aktualnie realizuję swój autorski program – brzuch, uda, pośladki, co w praktyce przypomina 6 Weidera, ale w wersji bardzo light. W grudniu chcę ten program delikatnie zapgrejdować.

Skąd czerpię motywację?

W największej mierze z oficjalnej deklaracji na facebooku. To, że co tydzień zdradzam Wam efekty – nawet te minimalne, żeby nie powiedzieć: zerowe – sprawia, że  nie czuję się w tej misji osamotniona.  Motywuje mnie wstyd przed ewentualnym napisaniem na fanpage, że z czymś sobie nie poradziłam. Motywuje mnie również mąż, który w walce o pozbycie się moich kilogramów, robi wszystko bym nie widziała go jedzącego słodyczy. Motywuje mnie moja kierowniczka, która w akcie solidarności ze mną, również zrezygnowała ze słodyczy.
No i nie ukrywam, motywują mnie liczby. Każdy gram na wadze mniej to ogromna radość.

Pierwszy miesiąc w liczbach wygląda bardzo biednie, ale obiecałam się dzielić, więc się dzielę:

Liczby po pierwszym miesiącu:
31 października:
Waga: 78,5 kg | Biust – 100 cm | Talia – 85 cm | Biodra – 104 cm | Udo – 63 cm
28 listopada:
Waga: 77,3 kg | Biust – 98 cm | Talia – 84 cm | Biodra – 103 cm | Udo – 63 cm


Podzielcie się swoimi pomysłami na utratę wagi. Co robić, a czego na pewno nie robić? Jak myśleć na temat diety? Każda uwaga i wskazówka bardzo mile widziane:)