Nie należę do grona kobiet otyłych. Jestem świadoma, że przy moich 179 cm wzrostu, 78,5 kg wagi nie sprawia, że wyglądam jak puszysta kulka, która docierając do pracy, turla się. Niejednokrotnie więc usłyszałam niemy zarzut w głosie pytających o dietę ludzi, że przecież nie powinnam się odchudzać, bo wyglądam dobrze. Pozwólcie więc, że tym krótkim wpisem zaprowadzę Was do odpowiedzi na pytanie po co mi to całe odchudzanie.
Nie rozumiem dlaczego społeczeństwo przyjęło, że jeśli nie masz nadwagi, którą widać gołym okiem, to potencjalne odchudzanie jest fanaberią, a nie koniecznością. Nie zrozumcie mnie źle, to bardzo miłe, jeśli ludzie twierdzą, że nie powinnam się odchudzać, bo wyglądam dobrze. Zawsze lepiej jest usłyszeć taki komentarz, niż: no, no… przyda Ci się zrzucić to sadło z brzucha. Tylko wiecie, jakkolwiek brutalnie to nie zabrzmi, w tym całym odchudzaniu nie chodzi o to, co Wy myślicie.
Bo możecie przecież uważać, że wyglądam jak wesolutki i pulchniutki pączek, co gdy się uśmiecha, to nie widać mu oczu. Możecie też twierdzić, że w takim przypadku odchudzanie jest absolutnie konieczne, ponieważ jakiekolwiek dalsze zaniedbanie może doprowadzić do tego, że rzeczywiście będę takim pączkiem tylko dla robaków, leżąc sobie średnio wesolutko, ale wciąż pulchniutko w glebie. A ja jako ten pączek mogę mieć zupełnie gdzieś, co na mój temat uważasz Ty i cała kula ziemska. Do momentu, aż sama jestem pogodzona z moim ciałem i czuję się w nim okej, absolutnie nikt nie powinien wmawiać mi, że coś z tym powinnam zrobić. No może poza lekarzem.
I teraz w drugą stronę – może uważacie, że wyglądam dobrze, że to całe odchudzanie, w które wtajemniczyłam moich Czytelników to w ogóle jakiś śmiech na sali i że tego nie potrzebuję. Ale tak się składa, że ja właśnie tego potrzebuję. Bo… nie jestem pogodzona z tym, jak wygląda moje ciało. Nie podoba mi się mój brzuch, cycki i średnio jędrny tyłek. Nie lubię tego opakowania, które widzę w lustrzanym odbiciu. Nie zawsze tak było, bo chociaż bez przerwy mam jakieś zastrzeżenia do swojej figury, to był czas, gdy patrząc na swoje ciało, myślałam: jest dobrze. O to mniej więcej chodziło.
Wielokrotnie, gdy ktoś mówi mi: Boże, Ula, a z czego Ty chcesz schudnąć? odzywa się we mnie potrzeba przekonania, że powinnam. Patrz, tu na zdjęciu, jaki bebzon, a tu na dupie – jaki cellulit. Widzisz? Tylko potem sobie myślę: po co to wszystko? Czy naprawdę muszę komuś udowadniać, że mam się z czego odchudzać? Przecież tu chodzi wyłącznie o to, co myślę ja, a nie ktokolwiek inny.
To wszystko zamyka się w naszych głowach. Na dzień dzisiejszy – ze świadomością że pewnie wielu nie rozważałoby w moim przypadku jakiegoś reżimowego odchudzania – nie umiem zaakceptować wszystkich mankamentów mojej figury. Z tymi, z którymi mogę, walczę. Potrzebuję tylko waszego wsparcia i dopingu. 😉
To moje powody. Znowu – brzmi to dość oklepanie, ale prawdą jest, że najbardziej chcę się podobać sobie i mojemu mężowi. Stąd to całe odchudzanie.


Efekty po 2 miesiącach odchudzania:

O efektach listopadowych możecie poczytać tutaj. Grudzień, w odróżnieniu od poprzedniego miesiąca, który gdyby nie był listopadem, nazywałby się Dietomaniopadem, był dziwnym miesiącem. Po pierwsze: obchodziłam swoje 27 urodziny, które zbiegły się z imprezą firmową. Później były święta Bożego Narodzenia i sylwester. Każde z tych wydarzeń wiązało się z trochę luźniejszym podejściem do diety. I w każdy poniedziałek następujący po tych okrutnych dniach, stawałam na wagę z ciężkim sercem. Za każdym razem waga pokazywała spadek masy ciała. Nieznaczny, ale mimo wszystko spadek. Do tej pory nie rozumiem dlaczego.

W każdym razie dzisiaj pokazała 75,5 kg. Co oznacza, że w ciągu tygodnia schudłam 700 gram, a przez dwa miesiące – 3 kg.

Liczby po dwóch pierwszych miesiącach odchudzania:

31 października 2016:
Waga: 78,5 kg | Biust – 100 cm | Talia – 85 cm | Biodra – 104 cm | Udo – 63 cm

2 stycznia 2017:
Waga: 75,5 kg | Biust – 97 cm | Talia – 83 cm | Biodra – 102,5 cm | Udo – 61 cm

Cieszy mnie to. Nie wiecie nawet jak bardzo rajcuje mnie widok coraz niższej liczby na wskaźniku wagi. Cieszy mnie, że to ciało, w które ubrał mnie Pan Bóg, trochę się kształtuje i ujędrnia. Jest dobrze. Jeszcze 10 kg.

Nierealne, z uwagi na zdrowie, które traktuję priorytetowo, będzie osiągnąć ten cel w lutym. Dlatego postanawiam zmienić nieco pierwotne założenie misji #SzerokaDupaWąskaŁawa w ten sposób, że pozbawię ją daty końcowej. Zdaję sobie sprawę, że może to zalatywać odpuszczaniem, bo przecież jeżeli nie ma daty końcowej, to równie dobrze 65 kg mogę osiągnąć w grudniu, ale to nie tak. Chcę po prostu skupić się na zdrowym chudnięciu i będę robić wszystko, co w mojej mocy, żeby efekty były przynajmniej takie, jak do tej pory.

See You on monday!;)