Ten nowy rok różni się od poprzednich (przynajmniej czterech) tym, że jeszcze nic ani nie planowałam, ani nie podsumowywałam. Jakoś tak niepostrzeżenie wtargnęłam w ten 2017 rok i sobie wygodnie siedzę. Jest dobrze.
Są natomiast pewne podobieństwa do ubiegłych lat (przynajmniej trzech), które szczególnie intensywnie odczuwam na początku roku i na które wówczas mam największą ochotę.

Nowy szablon bloga

Tradycją od dwóch lat jest to, że na przełomie stycznia i lutego zmieniam szablon bloga. To jest strasznie uzależniające i w tym roku też mocno się pilnuję, żeby tego nie zrobić (co nie znaczy, że nie zrobię!). Poprosiłam nawet Melancholika o świąteczny prezent w postaci szablonu (już mam wstępnie wybrany i przynajmniej raz na tydzień sobie go przeglądam), ale stwierdził, że to zbyt ryzykowne, zważywszy na to, że co roku już po implementacji skórki, narzekam na nowy szablon i obiecuję sobie, że nigdy więcej go nie zmienię.
Podobno bardzo nie chce, by mi się prezent od niego źle kojarzył.
W każdym razie uwielbiam zmieniać szablon właśnie w pierwszym kwartale nowego roku. To działa na mnie bardzo inspirująco, chce mi się pisać, tworzyć i ogólnie działać blogowo znacznie bardziej niż w ostatnich miesiącach roku.

Wyprowadzka z Białegostoku

Coraz częściej krąży mi po głowie myśl, żeby wyprowadzić się z rodzinnego miasta na jakiś czas. Fantazjuję wówczas o jakiejś podróżniczej przygodzie, która nie zamknie się wyłącznie na zwiedzaniu, ale też takim codziennym życiu. Takim, które da mi szansę poznać wszystkie wady i zalety miejsca, w którym się znalazłam.
Zwykle chęć pojawia się z początkiem roku, więc i tym razem ją odnotowałam. Na razie ten punkt pozostaje w sferze marzeń. Co będzie później, zobaczymy:)

Pisanie

Zwykle na początku roku chce mi się pisać. Nie tylko tu, na blogu (choć też, zwróćcie uwagę, że to drugi tekst w tym miesiącu!). Chce mi się pisać tak w ogóle. Siedzi we mnie mnóstwo mnóstwo niewypowiedzianych słów, które krzątają się w mojej głowie i wyprawiają tam istny armagedon. Nie wiem, może ten okres świąteczno-sylwestrowy tak na mnie działa, że chce mi się pisać i zachowywać gdzieś te wszystkie piękne i ulotne wspomnienia. A może ogólnie koniec roku kojarzy mi się z przemijaniem, a to z kolei prowokuje jakąś taką nostalgię i zamyślenie, która aż się prosi by ją zachować na jakiejś starej kartce papieru.

Przemeblowanie w domu

Mój pokój w rodzinnym domu był zagospodarowany w taki sposób, że aby zrobić tam jakąś rewolucję (która oczywiście nie generowała dodatkowych kosztów), można było zmienić położenie wyłącznie dwóch łóżek i biurka. A jednak, mimo że w czasie, gdy tam mieszkałam, wypróbowałyśmy z siostrą wszystkich kombinacji, za każdym razem przemeblowanie pokoju działało to na mnie bardzo pobudzająco i twórczo. Miałam większą ochotę się uczyć, czytać czy nawet dbać o porządek.
W aktualnym mieszkaniu (nie moim) można zmienić jeszcze mniej, bo tylko położenie sofy i stolika w salonie, ale od kilku dni chodzi za mną myśl, by zrobić choć tyle.

Odświeżanie szafy

Nie odbiegam jakoś szczególnie od stereotypowej baby, która stojąc przed pękającą w szwach szafą, narzeka na to, że nie ma się w co ubrać. Różnica jednak jest w tym, że ja naprawdę nie mam się w co ubrać, bo większość ciuchów, które mam są:

a) za małe – nie wyrzucę, bo przecież schudnę, to wtedy założę,
b) do chodzenia po domu – wszystkie stare ciuchy, których szkoda wyrzucić i/bo rewelacyjnie nadają się do chodzenia po chałupie czy sprzątania; po-Melancholikowe bluzy i bluzki, które zajmują dużo miejsca, ale generalnie nie biorą udziału w castingu do programu „Mocarskiej sposób na modę”,
c) no i cała masa ubrań pt. „kiedyś były fajne, ale…”, „jeszcze kiedyś założę, ale nie teraz”, „nie ma okazji…”, „szkoda wyrzucać”.

No i właśnie moje poświąteczne porządki w całości skupiają się na punkcie c. Przebieram między nimi, układam w sterty i segreguję przypisując im różny cel. Nie jest łatwo. Wciąż jeszcze mam mnóstwo ciuchów, których od lat na sobie nie miałam, ale wciąż nie mogę się ich pozbyć. Bo sentyment, bo ładne, bo to, bo tamto, bo sramto. Nowy rok działa na mnie mobilizująco i już przymierzam się do poświątecznych porządków. Coby zrobić miejsce dla kolejnych przyjaciół.
HA HA HA! 🙂
Podobnie jest zresztą w temacie wszelkich dokumentów, czy tzw. papierów wartościowych – zapisków sprzed miesięcy, pomysłów na teksty, przepisów kulinarnych, czy innych tego typu rzeczy, o których już dawno zapomniałam, a które wciąż leżą i gniją w szafie.

Zakup kalendarza

No oczywiście, że potrzebuję ten kalendarz! To, że zapisuję w nim plany tylko na pierwszy miesiąc nic nie zmienia. Jest mi niezbędny!
Nie wyrobiłam sobie nawyku prowadzenia papierowego kalendarza i autentycznie zwykle w połowie drugiego miesiąca o nim zapominam, ale uwielbiam kupować kalendarze. Radość sprawia mi odnotowywanie w nich ważnych wydarzeń w nadchodzącym roku. No i przez pierwsze półtorej miesiąca noszę go wszędzie ze sobą. No… prawie wszędzie 😉
 
Początki roku zawsze działają na mnie iście mobilizująco. Może wynika to z faktu, że gdzieś tam podświadomie wierzę, że rozpoczynam rok czystą kartą, a może powodem jest fakt, że już wcale nie tak daleko do wiosny. Czasu, kiedy wszystko rozkwita. Tak czy inaczej, powolutku wpuszczam do swojego życia trochę słońca nieśmiało wyglądającego zza chmur. Zaczynam od porządków. A Ty?