Nie zliczę ile razy w życiu pomyślałam: chrzanię to całe odchudzanie, mam dość. Efekt tego myślenia był różny. W zależności od tego co słodkiego aktualnie miałam pod ręką, czasami lądowałam z tabliczką czekolady w łóżku, a czasami z litrem lodów.

Nie powiem, że aktualnie nie mam takich pokus. Są dni (zwłaszcza przed okresem), kiedy jestem w stanie użyć przemocy, by skosztować czegoś, co zawiera w sobie cukier. Od dawna nie mam jednak przemyśleń typu: mam dość, pierdzielę, niech inni walczą z wiatrakami, ja się wypisuję. Nie myślałam w ten sposób, mimo że – co ci z Was, którzy od początku śledzicie moje średnio spektakularne efekty pewnie potwierdzicie – mogłam pomyśleć niejednokrotnie.
Mogłam się obrazić na ten popieprzony metabolizm, z którym przyszło mi żyć. Mogłam się obrazić na to, że nie jestem TAK solidna, TAK perfekcyjna i TAK zdeterminowana, by szybciej osiągnąć postawione cele. Mogłam, ale wiecie nie obrażam się. Nie przejmuję się słabymi efektami. Nie odczuwam porażki z tego powodu.

Przeciwnie. Myślę o sobie dobrze.
Cieszę się, że mimo marnych efektów, nie odpuszczam. Cieszę się, że nie myślę non stop o słodyczach, których nie powinnam zjeść, o winie którego nie powinnam pić, o schabowym, którego nie powinnam spałaszować. Nie myślę o tym, bo nikt mi tego nie zabrania. Oczywiście, napisałam kiedyś na facebooku, że nie będę jadła słodyczy, że pilnuję diety i tak dalej, ale z upływem czasu zaczęłam zauważać, że takie myślenie na zasadzie: nie możesz,  czy musisz sprawia, że zamiast przypływu motywacji, odczuwam niechęć do odchudzania.

I wyobraźcie sobie, że moment, w którym to sobie uświadomiłam nie okazał się równią pochyłą do porażki. Mam wrażenie, że wydarzyło się coś odwrotnego. Im bardziej czuję, że nic nie muszę i wszystko mogę, tym chętniej robię rzeczy sprzyjające odchudzaniu. Nie zabraniam sobie schabowego, ale nie odczuwam przez to jakiejś niewiarygodnej potrzeby zjedzenia go. Tylko dlatego, że mogę. Podobnie jest w temacie słodyczy czy alkoholu. Świadomość ta sprawiła, że przestałam odchudzanie traktować jak odchudzanie, a bardziej jako taką codzienność.

Nie mówię, że zawsze jest lekko, bo są momenty, kiedy autentycznie chcę „zgrzeszyć”, mając jednocześnie świadomość, że forma grzechu, którą wybrałam jest najgorszą z możliwych. Nie zawsze skutecznie, ale próbuję wówczas z tą moją wewnętrzną Helgą dojść do jakiegoś porozumienia. Czasem mówię: dobra, jeśli już nie możesz wytrzymać bez tej czekolady, to weź zjedź chociaż gorzką, kobieto! Czasami jak jest naprawdę ciężko, idę spać, albo proszę o zastrzyk motywacji mojego męża. który – musicie uwierzyć na słowo – jest fantastycznym motywatorem.

Więc w pewnym sensie poświęcam przyjemność na rzecz celu, który stoi przede mną i macha sexy tyłeczkiem przed oczami, mówiąc: niewiele ci brakuje. JU KEN DU IT GERL! Ale szczerze mówiąc jak myślę o tym w skali makro, nie jest to znowu jakieś nadzwyczajne poświęcenie. Naprawdę. Jest to dokładnie tyle, ile jestem w stanie wziąć na klatę i nie wkurwiać się co raz, że to za dużo, nie dam rady, mam dość. Polecam ten stan!

A tymczasem efekty po trzech miesiącach odchudzania i bonusowy wykresik.

Liczby po trzech miesiącach odchudzania:

31 października 2016:
Waga: 78,5 kg | Biust – 100 cm | Talia – 85 cm | Biodra – 104 cm | Udo – 63 cm

30 stycznia 2017:
Waga: 74,5 kg | Biust – 95 cm | Talia – 81 cm | Biodra – 102 cm | Udo – 61 cm

waga_wykres