Mówi się, że nie wiesz czym jest zmęczenie, dopóki nie urodzisz dziecka. Czy idąc tym tokiem myślenia, można powiedzieć, że nie wiemy czym jest zaufanie, dopóki się nie pobierzemy? Zaryzykuję stwierdzeniem, że można.

Zaufanie. Gdy myślisz o relacji między dwojgiem kochających się ludzi, prawdopodobnie właśnie to słowo wymieniasz, jako jeden z jej fundamentów. Mówimy, że związek nie ma sensu, jeśli nie ma w nim zaufania. Że jego obecność jest kluczowa do tego, żebyśmy tworzyli mądre i zdrowe relacje. Wolne od manipulacji, zdrad i ogólnego zakłamania. To prawda. Sama nie wyobrażam sobie wiązania się z kimś, kogo potrzebuję sprawdzać, czyich rozmów podsłuchiwać, czy ingerować w prywatne rzeczy. Mówiąc krótko: komuś, komu w pełni nie ufam.

To jest zaufanie, które dla wielu stanowi niezwykłą wartość. I takie zaufanie powinno być obecne w związkach każdego z nas – niezależnie od tego, czy posiadamy ten kawałek metalu na serdecznym palcu (polecam mieć!) czy nie.
Ale dla mnie zaufanie to nie tylko szczerość. To nie tylko pewność, że nie jestem oszukiwana przez swojego partnera. To coś, co szczególnie mocno odczuwam od momentu, kiedy wyszłam za mąż. To 100%-owa pewność, że wszystkie furtki pod tytułem: „jak mi się znudzi…”, „na razie jest spoko, ale jeśli nie będzie to…”, „jak mnie zdenerwuje…” przestały istnieć.

I tu nie chodzi o to, co przeciwnicy małżeństw – okrzykujący się też mianem obrońców romantycznej miłości – podkreślają, szydząc z idei małżeństwa: że to straszne obiecywać coś o czego istnieniu za 5, 10 czy 15 lat nie mamy prawa wiedzieć. Że małżeństwo to takie kajdany dla naszych uczuć. Coś na zasadzie – „kocham Cię, bo obiecałam Cię kochać„, kosztem „kocham Cię, mimo że nikt mi nie kazał obiecywać.
Rzeczywiście, jak zestawimy te dwa argumenty obok siebie, pierwszy wypada blado. Tylko że on nie oddaje idei małżeństwa. Jest marną namiastką tego, co oznacza miłość między małżonkami. I potwierdzi te słowa każdy, kto świadomie wychodził za mąż czy się żenił. Obietnica miłości deklarowana w obecności Boga i świadków to coś znacznie więcej niż – obiecuję, że zawsze będę Cię kochać, bo tak dziś czuję.

To ogromne pragnienie bycia w tej relacji całemu. Bez żadnych warunków, bez furtek, o których wspomniałam. To niezwykły głód bycia razem. Wspólnego mieszkania, planowania. Podporządkowywania świata pod tę relację, którą tworzymy z ukochaną osobą.
Ja wiem, że część z Was nie uważa, by małżeństwo do uzyskania tego stanu było niezbędne. Niektórzy być może stwierdzą, że jeśli bez „papierka” i obrączki na palcu nie jesteś w pełni przekonany czy przekonana o wartości i sile uczucia, którym pałasz do drugiej osoby, to nie dojrzałeś jeszcze do tego, na co – decydując się na ślub – się porywasz. I że ewentualny sakrament niewiele w temacie zmieni.
Ja z takim twierdzeniem się nie zgodzę. Uważam, że okres „chodzenia ze sobą” czy nawet „narzeczeństwa” to właśnie jest czas na sprawdzanie siebie. Swojej miłości. Swojej cierpliwości i swojego oddania. Sprawdzanie na ile jesteśmy w stanie wejść w tę relację. I na ile traktujemy to serio. To czas, kiedy możemy odchodzić, rozmyślać się i uświadamiać sobie, że to nie to.

Zobaczcie jak często dziwimy się, że pary z bardzo długim stażem rozstają się na chwilę przed ślubem. Czasami chwilę po nim. Myślimy wtedy – co do groma z tymi ślubami jest, że dopóki ludzie nie związali się węzłem małżeńskim, wszystko było ok. Pobrali się i nagle rozwód. To nie ze ślubami jest problem. To my ciągle zostawiamy sobie furtki.

Zaufanie w małżeństwie to nie tylko szczerość w podstawowym tego słowa rozumieniu. Zaufanie w małżeństwie to oddanie mężowi czy żonie wszystkiego. Totalne zawierzenie. Absolutna ufność w – jak brzmiało kiedyś hasło reklamowe pewnej telefonii komórkowej – bezednu.
Aktualnie trwa Międzynarodowy Tydzień Małżeństw, a to co pisze może na pierwszy rzut oka wyglądać jak odwodzenie od pomysłu pobierania się. Ale absolutnie tak nie jest. Małżeństwo to coś pięknego. To ciągłe nienasycenie sobą nawzajem. To takie psychiczne poczucie, że nawet jeśli cały świat odwróci się przeciwko Tobie, jest On – który weźmie w ramiona i sprawi, że cały świat przestanie mieć jakiekolwiek znaczenie.
Tak więc – pobierajcie się, wchodźcie w małżeństwa naiwnie, ufnie. Zamknijcie za sobą wszystkie furtki.
Bo w małżeństwo trzeba wejść ze 100% zaufaniem. Tylko wtedy jesteśmy w stanie zmierzyć się z każdą trudnością i zapomnieć o wyjściu ewakuacyjnym.
Którego wszystkim nam, zaobrączkowanym, życzę! [zaufania, nie wyjścia;]

Tekst powstał w ramach akcji: Małżeństwo jest fajne zorganizowanej przez Ewę Olborską z bloga Mocem.

malzenstwo-jest-fajne-logo