Przypomniałam sobie, jak pewnego dnia siedząc w swoim pokoju usłyszałam szeroko otwierane drzwi do domu. Tata – pomyślałam od razu. Wiecie, wychowałam się w domu pełnym ludzi – trójka rodzeństwa, rodzice – a jednak każde z nas wchodziło do domu zupełnie inaczej. Mamę chwilę przede mną wyczuwał nasz piesek, nieżyjąca już Sońka – nie wiem jak to robiła, ale zaczynała piszczeć już w chwili, gdy mama wchodziła do klatki. A przecież nasze mieszkanie znajdowało się na czwartym piętrze. Dalej się znajduje.

Siostra wchodziła zawsze cichutko. Podobnie najstarszy brat. Tylko, że on zwykle po wejściu do mieszkania robił szybki ogląd sytuacji – zaglądał do wszystkich pokoi i sprawdzał kto jest w domu. Najmłodszy – przeciwnie. Ten w locie ściągał buty, a chwilę później siedział już przy komputerze w swoim pokoju.

Tata natomiast gdy wchodził do mieszkania, to mam wrażenie, że słyszał to cały blok. Nie dlatego, że był jakiś niezwykle głośny, raczej dlatego, że on tak jakoś wchodził, że było wiadomo, że to głowa rodziny. I cały nasz kręgosłup. Nawet Sońka wiedziała. Zawsze, gdy go witała to na początku piszcząc z radości schylała potulnie główkę i czekała aż ją tata po niej pogłaszcze. Dopiero wtedy z pełną radością skakała mu po nogach. Pamiętasz, tatku?

Przypomniałam sobie, jak pewnego dnia siedząc w swoim pokoju, usłyszałam szeroko otwierane drzwi do domu. Tata – pomyślałam od razu. Krzyknęłam radośnie – część tato! Cześć – odpowiedział. Bierzcie lody – dodał chwilę później.

Dzisiaj sobie wspominam, że gdy tata kupował do domu jakieś smakołyki, to zawsze były to smakołyki z najwyższej półki. Lody? Prawdopodobnie Magnum, albo Grand. Masło orzechowe? Na pewno Nutella. Jeśli coca-cola to tylko oryginalna. Nie paniętam, żeby tata kiedykolwiek przyniósł do domu szitową czekoladę. Mógł kupić mniej – sugerując nam, byśmy się podzielili, ale zawsze najlepszą!

I gdy dziś sobie o tym przypomniałam, to tak bardzo zechciałam się do taty przytulić. I powiedzieć, że to było ważne. Bo ja wiem (albo wydaje mi się, że wiem), że wychować czwórkę dzieci i dać im wszystko to nie taka znowu prosta sprawa.

A my mieliśmy wszystko.

A chyba najbardziej poczucie, że gdy tata jest obok, nie ma się czego bać. Jesteśmy bezpieczni.

I tak bardzo współczuje wszystkim tym, którzy wychowali się bez ojców. Czasem dosłownie, często przenośnie. Wyobrażam sobie jak bardzo burzy to poczucie stabilności i jak bardzo szkodzi w przyszłym życiu.

Ja mam ogromne szczęście, że mój tata zawsze był na wyciągnięcie ręki.

Może był czasem surowy, krzyknął nieraz i najpewniej gdy działo się coś w naszym życiu złego, to szybciej lecieliśmy z tym do mamy. Bo mama to mama. Ona z reguły wszystko szybciej rozumie.

A czasem wstawi się za nami u taty.

Przypomniało mi się jak bardzo chciałam wybrać się któregoś dnia ze znajomymi do kina. U nas w domu wszystkie takie sprawy załatwiało się u taty. Wiadomo! A tata choć człowiek dobroduszny i szczodry, to lubił ponegocjować. Ja niespecjalnie te negocjacje lubiłam. Tak też zwykle kończyło się to tym, że krzyczałam mu w twarz, że tak naprawdę to ja nie chcę już żadnych pieniędzy i zapłakana biegłam do pokoju. Wtedy do akcji wchodziła mama. Czarodziejka, z milionem sposobów na swojego męża. 😉

Z czasem sami wypracowaliśmy z rodzeństwem na tatę sposób. Pisaliśmy do niego liściki z prośbą o kasę. Chwilę po tym jak tata szedł spać, kładliśmy je na szafeczce w przedpokoju w nadziei, że gdy rano się obudzimy, będzie tam leżał pieniążek. Zwykle leżał.

I wiem, że to może naiwne, bo przecież to nie tak – jak tata zwykł mawiać – że pieniądze rosną na drzewie. To nie tak, że one się tam magicznie pojawiają. Bo przecież – o czym się pewnie nigdy nie dowiem – każdy taki banknocik mógł tatę kosztować trochę biedniejszy lunch w pracy, albo trochę dłużej sponiewierane buty, czy spodnie. Mógł tatę kosztować trochę krótsze, trochę bliżej wczasy.
Ale on nam nigdy nie żałował, nawet kosztem swoich wygód. On by nam wszystkim gwiazdkę z nieba dał, gdyby mógł.

Przypomniałam sobie jak pewnego dnia przybiegłam do taty z pytaniem czy mógłby mi kupić płaszczyk. Znalazłam przepiękny w Orsayu. Tata o nic mnie wówczas nie zapytał. Powiedział tylko – no to chodź, pojedziemy. To było grubo 10 lat temu, a ja wciąż gdy myślę o tej sytuacji, mam przed oczami mocno zniszczone buty, które tego dnia miał na sobie mój tata.

Dużo tu materialnych wspomnień, ale widzicie mój tatko to ekonomista! On mi nawet matematykę na pieniądzach tłumaczył. Jak masz -5 zł to musisz te pieniądze oddać. Jak masz 5 zł to to jest twój budżet. 😀

Za chwilę miną dwa lata odkąd wyprowadziłam się od rodziców. Już rok odkąd widuję ich głownie podczas video rozmowy. Moi rodzice dziś są przed sześćdziesiątką, a wszystkie ich dzieci rozsiały się wszędzie tylko nie w Polsce. Za każdym razem, gdy dziś wracam wspomnieniami do czasów dzieciństwa, żałuję tylko jednego – że tych wszystkich normalnych dni nie mogłabym przeżyć jeszcze raz.

Bo za każdy z nich jestem tak bardzo wdzięczna.

Wdzieczna za każda rozmowe, których z tata nigdy nie brakowało. Wdzięczna, za tą życiową mądrość, która kiedyś trochę drażniła (bo weź gadaj z kimś, kto zwykle ma racje!) a dzisiaj znajduję masę podobieństw w tym jak sama podchodzę do życia. Wdzięczna za troskę o nas i o to, że z tatą obok wszystko jest łatwiejsze.

Dziękuję Ci tato, że jesteś moim tatą! Najlepszym jakiego mogłabym sobie wymarzyć.