Sardynię darzę szczególnym uczuciem. Nie dlatego, że jest to wyspa nadzwyczaj piękna (choć trzeba przyznać, że niektóre jej rejony olśniewają swoim urokiem). Nie dlatego, że mam słabość do Włoch i włoskiej kultury (choć trochę mam).
To szczególne uczucie, którym darze tę włoską wyspę to, jakkolwiek zero magicznie to zabrzmi, sentyment.

Pierwszy raz przylecieliśmy tu z Adamem i znajomymi w 2012 roku. Dla mnie była to wówczas druga tak poważna podróż za granicę. Wcześniej – z ciepłych krajów – byłam tylko w Tunezji. I to też z cała familia. Więc jakby rozumiecie..

Pamiętam, że gdy tylko wysiedliśmy z autobusu w na maksa rozgrzanym Alghero, obładowani ciężkimi bagażami, w których poza kilkoma najbardziej potrzebnymi rzeczami, upchaliśmy również namiot i śpiwory, od razu zakochałam się w tym mieście. Było w nim cos magicznego. Coś, co obudziło we mnie mnóstwo nieznanych emocji.

Sardynia / Villasimius

To wtedy pierwszy raz zachwyciłam się tym włoskim temperamentem. Tym leniwym stylem życia. Popołudniową sjestą. Romantycznymi kolacjami nad brzegiem morza – w wieczornych sukienkach, czerwoną pomadką i schłodzonym winem.

Byliśmy wówczas biednymi studentami analizującymi niemal każde wydane euro, więc romantyczną kolację nad brzegiem morza odłożyliśmy na lepsze finansowo czasy, podświadomie obiecując sobie, że ta włoska wyspa to nie jest zamknięty rozdział.

Jakiś czas pózniej wróciliśmy na Sardynię. Co prawda, zamiast do ukochanego Alghero, wybraliśmy się na południe wyspy – do jej stolicy Cagliari, a pózniej pewnego urokliwego miasteczka – Villasimius.
Może nie był to tak survivalowy trip jak za pierwszym razem, ale dom i łóżka wciąż woziliśmy ze sobą.

Tym razem chcieliśmy zwiedzić Sardynię trochę inaczej niż dotychczas. Po pierwsze wrócić do miejsc, które tutaj pokochaliśmy – Alghero i Villasimius. Po drugie odwiedzić również te rejony wyspy, które z racji położenia były wcześniej średnio dla nas dostępne. Po trzecie nie ciągać ze sobą wszędzie bagażu.

Wypożyczenie samochodu okazało się więc pomysłem zupełnie oczywistym, a z perspektywy czasu nie wyobrażam sobie nawet, żeby udało nam się zobaczyć wszystkie z tych miejsc korzystając wyłącznie z komunikacji miejskiej. Poruszanie się autem to jedna z fajniejszych rzeczy, na które podczas naszej wycieczki się zdecydowaliśmy.

Trudne piękne powroty

Sardynia / Cala Goloritze

O ile cudnie jest wrócić do miejsc, w których zostawiliśmy kilka ważnych wspomnień, to zakładanie, że zastaniemy je dokładnie takimi, jakim je opuściliśmy może okazać się zgubne. A ja podświadomie chyba tak to sobie zaplanowałam.

Zwiedzając więc „stare śmieci”, wyrzucałam wyspie co jakiś czas, że tu zaniedbane, to mogliby poprawić, to mi się nie podoba. Jedzenie nie takie jak kiedyś, wino jakieś takie średnio włoskie.

Nie no, trochę przesadzam, nie byłam znowu taką paniusią chodzącą w szpilkach po plaży i małym chihuahua w torebeczce, wytykającą Bogu ducha winnemu Alghero, że TYM RAZEM nie spełnił jej oczekiwań..

To nie tak. Nie wiem co ta wyspa musiałaby zrobić, żeby mnie do siebie zrazić. Jest piękna, magiczna, urokliwa. Uwielbiam odkrywać jej nowe zakamarki. Te pokrętne drogi z górskim krajobrazem. Jej zapach. Kuchnię. I – oczywiście! – włoskie lody.
Uwielbiam słuchać włochów, gdy o czymś zacięcie dyskutują. Czy się kłócą. Nawet TO brzmi jakoś tak dumnie i romantycznie! Choć oczywiście nie rozumiem ani słowa.

No po prostu, najzwyczajniej w świecie i straszliwie naiwnie założyłam, że powrót do Alghero to powrót do tego wszystkiego, co tam zostawiłam, zapominając przy okazji, że wcale tego nie szukam.

 

Sardynia to nie tylko powroty

 

O tym jak wiele pięknych obszarów ma do zaoferowania Sardynia, przekonaliśmy się dzięki mobilności jaką daje poruszanie się po wyspie autem. Wielu miejsc nie bylibyśmy w stanie zobaczyć polegając wyłącznie komunikacji miejskiej. Np. taka Cala Goloritze. Jedno z – jak twierdzi internet – obowiązkowych punktów podczas pobytu na Sardynii. Nie ma opcji dojechać tam inaczej niż samochodem. I to tylko do pewnego momentu, bo do samej plaży idzie się po górach, jakieś 4 czy 5 kilometrów.

C A L A  G O L O R I T Z E

Sardynię otaczają przepiękne plaże, jednak z jakiegoś powodu to właśnie Cala Goloritze uznawana jest za jedną z piękniejszych plaż wyspy. Mi się wydaję, że na jej wyjątkowość wpływa trochę fakt, że jest trudno dostępna dla ludzi. A przez to trochę dzika. Tak jak wspomniałam wcześniej – aby się do niej dostać trzeba najpierw przejechać sporo kilometrów po górskich, na maksa powywijanych drogach, żeby później jeszcze trochę butować po górach.
Choć osobiście byłam zachwycona wędrówką – chyba nawet bardziej niż samą plażą – to wyobrażam sobie, że dla wielu osób, np. rodzin z dziećmi, albo ludzi starszych – to taki trochę mont everest.

Plaża piękna, warta zobaczenia. Droga trochę piękniejsza.

 

L A  P E L O S A

Chyba najbardziej instagramowa plaża Sardynii. Położona na północy wyspy, kilka kilometrów od Porto Torres. Znaleźć tam miejsce parkingowe to takie lekkie mission impossible bo ludzi przyjeżdża w bród. Choć woda jest krystalicznie czysta, a piasek przyjemnie mięciutki, to jednak mało kto na tej plaży pływa.
Większość nagrywa instastory. 🙂

 

S A N T A  M A R I A  N A V A R R E S E

Smuteczek, bo to tak urokliwe miasteczko, a właściwie nie mam ani jednego zdjęcia, które byłoby to w stanie odzwierciedlić. Miejscówka wybrana zupełnie przypadkowo – bo o miasteczku wiedzieliśmy tyle tylko, że jest całkiem blisko Cala Goloritze, do którego planowaliśmy się wybrać. A więc idealne miejsce na to, żeby przekimać dwie nocki i pojechać dalej, na południe.
Ku naszemu zdziwieniu okazało się jednak, że SMN jest nie tylko blisko Cala Goloritze, ale też bardzo ładne. Taka trochę fancy wioseczka, na której wszyscy się znają, rano budzi Cię pianie kogutów, a gdy wyglądasz zza okna, twoim oczom ukazują się dwa zachwycające widoki – po jednej stronie morze, po drugiej zaś góry. I serio nie wiesz co piękniejsze.

 

V I L L A S I M I U S

Och, jak ja kocham południe wyspy. Północ oczywiście też bardzo, ale południe zachwyca zielenią, roślinnością i taką górską świeżością. Szczególnie mocno odczuwa się to, gdy podczas jednego pobytu ‚zaliczasz’ i północ, i południe.
W Villasimius byliśmy cztery lata temu, ale wówczas – jak zdążyłam już zaznaczyć – spaliśmy pod namiotami, na jednym z włoskich kempingów. Tym razem wybraliśmy uroczy podzik.

 

C O S T A  R E I

 

No i oczywiście kilka kadrów z Alghero.

A L G H E R O

 

❤️

Jest takie miejsce na świecie, do którego lubisz wracać?
Co zachwyca Cię tam najbardziej?

❤️

Jeśli mało Ci zdjeć to zapraszam również na instagram.
Zapisałam tam kilka instastories z wyprawy.