Wiecie ile razy słyszałam o tych wszystkich psychologicznych trikach pomagających w wychowaniu męża, dzieci czy teściowej pt. no, no jeśli chcesz wychować sobie męża to pamiętaj, żeby go nie pouczać przy każdej okazji, a jeśli obiad wyjdzie mu trochę za mało zjadliwy, to broń cię Panie Boże mówić mu o tym. A jak już musisz to tak delikatnie, żeby się chłopaczyna przypadkiem nie popłakał i nie przestał w ogóle gotować.

A i jeszcze jedno – chociaż mu nie dziękuj za te wszystkie obowiązki, które ty wykonujesz by default. Bo jeszcze weźmie i pomyśli, że to jakiś wyczyn z kosmosu i za herbatę po stopach go będziesz musiała całować.

Jakby to powiedziała Janice – oh… my… God!!! 😉

Ludzie drodzy jaka smutna musi być rzeczywistość kobiet, którym przez gardło przechodzą podobne tym rady. I jak mi ich szkoda. Serio. Bo jeśli w ich rzeczywistości z facetem trzeba się obnosić jak z jajkiem, to wyobraźcie sobie jak spięte muszą być te babeczki…

Moim zdaniem żona nie jest i nie powinna być od wychowywania męża. A jeśli już musi, bo tak się jakoś złożyło, że się bidak nie nauczył przez 20 czy 30 lat, to och Boże serio? Jak z jajkiem?

Daleko mi do perfekcyjnej żony. Nie jestem z tych i boję się, że mogę nie być nigdy co codziennie z rana latają po świeże bułeczki dla rodziny, przygotowują lunch o 5 rano i na przynajmniej 5 kolejnych zim mają ogarnięte przetwory. Na maksa podziwiam takich ludzi i zazdroszczę ich bliskim (czyli trochę sobie;), no ale to nie jestem ja. W moim pojęciu małżeństwo to jest partnerstwo. I jeżeli oboje z mężem spędzamy tyle samo czasu w pracy, to dlaczego potem ja mam naginać kolejne tyle w domu, podczas gdy on będzie odpoczywał? Takie myślenie jest dla mnie jakby wyrwane z kosmosu w ogóle.

Z drugiej strony rozumiem te wszystkie kobiety, których życie pod jednym dachem z mężem nierobem nie rozpieszcza i próbują wszystkiego, by jakoś do tej roboty go zachęcić. I po trosze rozumiem też te tanie, bo tanie sztuczki. Może to lepsze niż: wziąłbyś się do roboty leniu jeden! Bo ja zawsze… i ty nigdy!

Tylko ta cyniczna strona mnie trochę w to wszystko nie wierzy. Nie wierzę, że jeśli facet nie nauczył się odpowiedzialności za rzeczy dokoła niego, to się weźmie i po kilku: ach, jaki wspaniały obiad, och jak pięknie posprzątałeś w domu ogarnie. Może to jest ten tzw. zimny chów ale mąż to nie dziecko, żeby się z nim bawić w jakieś tanie negocjacyjne sztuczki.

Dlatego nie ma w mojej głowie w ogóle myśli typu: och, może pozachwycam się tym daniem, które zrobił mi mąż, to go to zmobilizuje, żeby robić częściej. W ogóle nie! Mówię mu to, bo to jest po prostu miłe. Bo sama uwielbiam gdy mąż twierdzi, że lunch, który mu przygotowałam do pracy to mistrzostwo świata i jakbym mogła tak cały tydzień… I wiem, że nie stosuje żadnych zagrywek psychologicznych. Bo to w ogóle nie potrzebne.

Oboje więc z zupełnie czystym sumieniem dziękujemy sobie za pyszny obiad, uprasowane ciuchy czy ogarnięte naczynia. I jest miło. I nie ma spiny i rozkminki. Polecam 🙂