Trochę to zabawne, że społeczność czytelników blogów tworzą w większości kobiety, a wciąż łatwiej przychodzi używanie formy męskiej w tekstach.

Nie sądzicie, że to trochę totalnie bez sensu?

Naszła mnie taka myśl, przy okazji formułowania tytułu do pewnego tekstu, że jeśli już zwracam się do czytelnika, to zawsze używam formy męskiej. A przecież bez głębszego zanurzania się w statystykach wiem, że mężczyźni nie są czytelnikami mojego bloga. A jeśli są to w niewielkim procencie.

Zwracać powinnam się więc do większości. Czemu więc czuję się dziwnie używając żeńskich odmian w tekście, mimo że moją większością są kobiety?

Głupie strasznie, jak tak dłużej o tym pomyślisz.
Przypomniało mi to o czymś, co jakiś czas temu przemknęło mi w sieci – kobiety walczą o to, by mieć równe prawa co mężczyźni, mimo że jest nas na świecie więcej. Czujecie temat?

Używanie „poszłaś” zamiast „poszedłeś” albo „zrobiłaś” zamiast „zrobiłeś” to drobiazg. Nic wielkiego. Ale też jakaś cegiełka do tego, jak o sobie myślimy. I jak traktujemy żeńską część widowni.

Bo jeśli pomyśleć o tym głębiej to przejmujemy się tym, że formułując tytuł: „pięć rzeczy na temat życia w Anglii, o których mogłaś nie wiedzieć”, 5% mężczyzn, których temat może dotyczyć się obruszy, że zostali pominięci, podczas gdy totalnie wisi nam to, co poczuje 95% kobiet, które w rzeczywistości stanowią rdzeń naszej społeczności.

Problemem w tego typu zagadnieniach jest fakt, że to wszystko tworzy się w naszych głowach przez lata. Pewnie więc znaczna część kobiet, używająca zwrotów męskich w swoich tekstach czy wypowiedziach w ogóle się nad tym nie zastanawia.
Coś trzeba było wybrać, padło na mężczyzn.

Nieszczęśliwie dla naszego języka nie ma jednej formy, która byłaby generalna dla obu płci. No trudno.

Tylko ja tak sobie myślę, że może jak przystało na czasy, w których żyjemy, zwracać się do większości?
Jeśli więc moją społecznością są w większości kobiety, to przepraszam Panowie, ale teksty, będę formułowała do babeczek. Choć tak ogólnie to nic się nie zmienia.