Czy kiedykolwiek w swoim życiu miałaś odczucie, że tracisz coś wyjątkowego, coś jedynego w swoim rodzaju, jakbyś traciła jakąś część siebie.

Zdjęcie: Anna Topczewska | zobacz więcej: Foto przygoda Gamonia

Fizycznie to tak, jakby brakowało Ci powietrza, ściskało w klatce piersiowej, płytki oddech ale jesteś w stanie z tym funkcjonować… świadomość, że coś wymyka Ci się z rąk, przecieka między palcami, ulatuje, a Ty nie jesteś w stanie tego zatrzymać, nie możesz tego złapać bo jedyne co możesz, to to puścić…

Każda sytuacja życiowa ma swój początek, a potem koniec… często spotykamy na swojej drodze ludzi, którzy są przez pewien czas, a potem się ulatniają, jak i takich którzy zostają z nami na stałe. To żadna nowość, żadna odkrywcza wiedza, o której byście już nie wiedzieli. W swoim życiu każdy z nas przeżył jakieś odejścia… zerwane przyjaźnie, śmierć bliskich, rozstania miłosne. Wszystko jest jakimś etapem…

Pamiętam jak bardzo przeżywałam samobójstwo bliskiej mi osoby… jak bardzo sobie z tym nie radziłam. Pamiętam jak osoba, którą znałam z dnia na dzień okazała się zupełnie kimś innym niż się przedstawiała. Pamiętam jakie niezrozumienie we mnie było, jaki ból… jak bardzo chciałam zmieniać kolejność wydarzeń … pamiętam jak sama próbowałam się zmieniać, żeby coś na czym mi zależało trwało…a raczej, żeby ktoś po prostu był… teraz z perspektywy czasu i tego co już wiem, co przerobiłam, co tak naprawdę sobie uświadamiam i co we mnie pracuje… teraz dziękuję Bogu za to jak to wszystko się potoczyło…jak zaczęłam tak naprawdę uczyć się być sama ze sobą… jak zaczęłam przygodę pokochania i akceptacji siebie, swojej kobiecości, tego jakim jestem człowiekiem.

Wiem, że niektórzy z was powiedzą: przecież to takie proste i oczywiste… tak, dla niektórych z was, takie to jest: proste i oczywiste. Mi zajęło sporo czasu, żebym  zaczęła wydobywać na wierzch prawdziwą siebie, swoje pragnienia, to czego chcę, czego oczekuję, na czym mi zależy… czy już wiem? Mogę powiedzieć, że to początek góry lodowej. Wierzchołek, który wystaje… a pod powierzchnią kryje się jeszcze cała reszta, ta największa, najgłębiej położona…

Wiem jedno… wiem czego nie chcę.

Nie chcę nigdy więcej nic co jest budowane na grze, nigdy więcej rezygnacji z fundamentów, które gdzieś już się ugruntowały… Nigdy więcej rezygnacji ze swego wewnętrznego spokoju … pokoju Ducha, tylko po to by ktoś został na trochę dłużej niż normalnie by został, bo prędzej czy później ułuda mija, a my zaczynamy się dusić, czuć się jak więzień…ale uwaga więzień samego siebie, nikogo więcej. Wpadamy we własną pułapkę, obietnic, które sami sobie wmawiamy „będzie dobrze”, „wszystko się ułoży”.

Teraz wiem, że jeżeli chcę budować coś trwałego… cokolwiek, czy to relację miłości, czy też przyjaźnie z innymi ludźmi, relacje koleżeńskie w pracy…muszę pozostać sobą… z tym wszystkim co mam w sobie… bez udawania, bez ściemy, bez rezygnowania z tego co stanowi dla mnie ogromną wartość, tylko dlatego, żeby nie zostać odrzuconą…

Wystarczy, że póki co, często sama siebie odrzucam, te moje cechy, które mnie irytują, te moje zachowania, które doprowadzają mnie do frustracji… jak często nie akceptuję tego co czuje, co się we mnie dzieje… ale uczę się, uczę się przyjmować siebie właśnie taką, nieidealną… taką, ze wszystkimi odchyłami, gamoniowatym podejściem do życia, do tego jak się w nim często jeszcze gubię…

Czy ktoś jeszcze pamięta opis uczucia z początku?? Ja tak…bo takie doświadczenie, było moim doświadczeniem, jeszcze jakiś czas temu. Coś, co wydawało mi się jedynym w swoim rodzaju, pewna relacja, urwała się. Musiałam z niej zrezygnować… i wiecie co, gdyby nie poznawanie siebie, tego co ze sobą reprezentuje, jakie wartości niosę… pewnie nie było by to takie łatwe… łatwe w sensie nie tego, że nic człowiek nie czuje…łatwiejsze do puszczenia, łatwiejsze by się nie szarpać, nie szarpać się ze światem, z Bogiem…

Po prostu przyjąć, akceptować  i mimo, że boli być w stanie iść dalej i traktować minioną sytuację jako dar, jako lekcję, jako możliwość wzrostu we własnej świadomości, świadomości swego piękna, nieidealnego piękna…ale zawsze piękna… Tego, że coś jeśli ma być w życiu dla Ciebie i ma być prawdziwe – będzie… bez względu na czas i porę, bez względu czy stracisz już nadzieję, czy też będziesz dalej trwać… to coś wyjątkowego – będzie… i nie będziesz musiała zmieniać siebie by to trwało… a teraz piękny opis, który mnie urzekł i porwał ze sobą… (codziennie dziękuję Bogu, że jest ktoś kto umie tak pięknie ubierać w słowa <3 i, że mogę z tego korzystać… ):

– Dziadku, wiesz, przez ciebie i babcię boję się, że nie znajdę nikogo, z kim mogłabym żyć tak szczęśliwie jak wy. Jesteście dla mnie jakimś pieprzonym ideałem…o przepraszam. Mama mówi, że zawsze coś palnę.

Paul się roześmiał.

– Nic nie szkodzi. Nawet w moich czasach tak się mówiło. –mrugnął do niej. Zapatrzył się w dal.  Gdy słońce schowało się za winoroślą, zaczął mówić: – Kiedy twój tato był mały, babcia wyprowadziła się ode mnie i wróciła do rodziców, twierdząc , że kocham bardziej winnicę niż ją. A ona potrzebowała męża, a dziecko ojca. Szalałem, sam siebie nie rozumiałem. W ciągu jednego dnia zniszczyłem winnicę. Babcia za dwa dni wróciła, mówiąc, że pogodziła się, iż winnica będzie najważniejsza w moim życiu. Popłakała się, jak zobaczyła, że wszystko zniszczyłem. Powiedziałem jej wtedy, że nikt i nic nie będzie ważniejszy od niej i dzieci. I wiesz…wszystko się ułożyło. Babcia też pokochała winnicę, zwłaszcza kiedy nazwałem ją jej imieniem. – znowu mrugnął do niej i się uśmiechnął.

Wokół nich robiło się coraz ciemniej, ale księżyc świecił na tyle jasno, że wszystko było widać.

– wiesz, ze wtedy też zacząłem się modlić i wierzyć w Boga? Po zniszczeniu winnicy poszedłem do pastora. Wysłuchał mnie, a potem Napisał na kartce: „Pierwszy List do Koryntian, rozdział 13”.”

Fragment z „24 godziny kochania” Krzysztof Popławski –polecam z całego serca <3