Na początku było mi trochę głupio. Wstyd właściwie. No bo młoda strasznie to ja wtedy nie byłam, doświadczeń życiowych też już kilka za sobą, fajnego faceta u boku, a jednak nie wiedzieć czemu wyję nocami i chcę do domu.

Gdzie on jest? Nie wiedziałam.

I trwało to kilka miesięcy właściwie bez przerwy. Nawet wówczas, gdy zdobyłam już pracę i czułam się niejako jak królowa życia. Nawet wtedy chciałam wracać.

Takim trochę przełomowym momentem był Sylwester 2017/18. Wszyscy wokół życzyli nam wówczas, byśmy jak najszybciej wracali do Polski. Nie dziwiły mnie te życzenia. Przecież ciągle jątrzyłam jak to mnie wkurza i tamto. I że w domu to lepiej.

No i gdy tak sobie uświadomiłam, to trochę też przestałam mówić o tych trudach głośno. Bo wiesz, z emigracją to trochę jak z facetem. Jak się z mężem pokłócisz o coś straszliwie i oboje powiecie sobie o trzy kurwy za dużo, to i tak zaraz wszystko jest dobrze. I już nie pamiętacie o co właściwie poszło.

Ale weź wtajemnicz w tę kłótnie przyjaciół, albo matkę. Nigdy nie zapomną.

No i właśnie z emigracją mam podobną relację. Czasem strasznie mnie wkurwia, znieść jej nie mogę dosłownie. I z tego żalu powiem o jedno słowo za dużo komuś, kto totalnie emigracji nie kuma. Bo tego nie przeżył. I potem, gdy u mnie już wszystko gra i tańczy, ten ktoś mówi mi – no i co, strasznie się w tej Anglii męczysz?

WE’VE ALL BEEN THERE…

Przyszedł moment, kiedy zrozumiałam, że to czy się smucę czy złoszczę, nic zupełnie nie zmieni. Po jakim czasie? Po niecałym roku. Pamiętam jak ryczałam dwa dni przed wyjazdem do Anglii po wspomnianym już Sylwestrze 2017/18. Wtedy myślałam, że tego nie przetrwam. Leżałyśmy w łóżku z siostrą, która też już jedną nogą była u siebie w Belgii i szlochałam, że to jest za trudne, że chcę być w Polsce. Ona pocieszała mnie wtedy mówiąc, że to, co teraz czuję jest normalne i że nawet jeśli w tym momencie jest mi ciężko w to uwierzyć, w końcu przestanę tak tęsknić. A przynajmniej ten ból nie będzie tak dokuczał.

Kolejne wyjazdy z Polski były już łatwiejsze.

Każdy z nas inaczej przeżywa te same wydarzenia. Dla jednego wyprowadzka z rodzinnego miasta do innego, położonego 300 km dalej to coś, czego nigdy w życiu nie potrafiłby zrobić. Dla drugiej osoby decyzja tego typu to kwestia kilku nocy. I już.

I żadne podejście nie jest lepsze czy gorsze.

To, jak sobie z takimi sprawami radzisz jest ok. Jeśli potrzebujesz się wypłakać albo wyżalić komuś, bo jest ci ciężko, jest to w porządku. Mi się wydawało, że skoro płaczę po nocach z powodu tak błahego jak emigracja, to jestem słaba. Dziś uważam, że to nie prawda. Emocje nas nie wartościują. To, że z czymś sobie nie radzisz psychicznie nie znaczy, że jesteś słaba albo beznadziejna. To znaczy tylko tyle, że potrzebujesz trochę więcej czasu i trochę więcej wsparcia.

W prezencie od przyjaciółki dostałam jakiś czas temu książkę zatytułowaną „Tam Mieszkam”, opisującą życie Polaków za granicą.
Autorka opisuje historie ludzi, którzy na pewnym etapie swojego życia i z różnych powodów podjęli decyzję o wyprowadzce z Polski.

Wiele z tych historii okupione są krwią, potem i łzami. Kolejne tyle pełne są swobody i podekscytowania. Ale mimo, że te historie różnie się zaczynają, zwykle znajdują wspólny grunt. To ten moment, kiedy leżysz w łóżku, w jeszcze niedawno obcym mieście i myślisz sobie – jest ok. Najtrudniejszy moment jest już za mną.

Nawet jeśli teraz jest Ci trudno, uwierz, że ten moment w końcu przyjdzie.

Piszę ten tekst, żeby Ci powiedzieć, że jeśli nie radzisz sobie na emigracji, to wiedz, że nie jesteś sama. My wszyscy tam byliśmy i każdy emigrant w jakimś stopniu wie przez co przechodzisz. I choć może jeszcze mi nie wierzysz, to chcę żebyś wiedziała – to minie.