Nie jestem mistrzem w podejmowaniu decyzji. Choć może właśnie jestem, bo tych które na przestrzeni roku podjęłam jest całe mnóstwo. Innym to, ile z nich zrealizowałam. Więc w tym sensie jestem mistrzem.

Należę też do grona osób, które decyzje podejmują na podstawie momentu. Oczywiście wcześniej coś tam myślą, analizują, robią wykresy ze wszystkimi za i przeciw, zakładają w excelu arkusz zysków i strat, tworzą skomplikowane historie wokół tej szalenie ważnej decyzji, planują strategie. Tak naprawdę jednak, i nie ma co się czarować, decyzję podejmują w jednym konkretnym momencie. Kiedy aktualny stan rzeczy tak je mierzi, że już nie wytrzymują. Mają dość.

I to całe planowanie może się wtedy cmoknąć.

Decyzja o odejściu pracy jest świetnym przykładem tego planowania. Bardzo długo nosiłam się z tym zamiarem. Przez wiele tygodni toczyłam w głowie wojnę o to, czy powinnam odejść czy zostać. Czy to dobry moment, czy niedobry? Czy na tym stracę, czy zyskam? Ostatecznie to jeden moment zdecydował za mnie. I nie miało wówczas znaczenia, że w tym właśnie jednym konkretnym momencie nie miałam w głowie planu B.

Okres bezrobocia na emigracji był najtrudniejszym okresem bezrobocia w ogóle. Te ponad dwa lata temu, kiedy cała spocona ze strachu jeździłam z rozmowy na rozmowę, strasznie dały mi w kość. Źle to wspominam. Z powodu tych właśnie wspomnień, decyzję o odejściu z pracy podejmowałam okrutnie długo. Bałam się, że to wszystko wróci – strach, niepewność, obudzi się moje niskie poczucie wartości. I że się posypię.

Dziś, kilka dni po zwolnieniu się z pracy i wysłaniu zaledwie dwóch CV, jakoś się nie boję. Stresuję się, to fakt! Bo nigdy nie lubiłam rozmów telefonicznych po angielsku, a te w najbliższym czasie na pewno będą miały miejsce. Tym się stresuję, ale też to szukanie pracy traktuję jakoś inaczej niż poprzednio. I tu wcale nie chodzi o język, bo nie uważam, żeby po dwóch latach pracy w Anglii był na jakimś niezłym poziomie.

Poprzednio po prostu czułam znacznie większą presję. Pamiętam jak zależało mi na tym, by udowodnić światu i sobie, że potrafię na emigracji zatroszczyć się o swój tyłek, że nie żeruję na tym, że mój facet ma dobry zawód i „wszędzie znajdzie pracę”. Drażniły mnie komentarze niektórych, gdy na pytanie czym zajmuje się mąż, reagowały tak, że wiedziałam, iż w tym właśnie momencie myślą – eh, to luz, utrzymacie się i bez twojego udziału. Wtedy szukanie pracy było jakimś manifestem, jakąś próbą udowodnienia, że potrafię.

Dziś mi na tym nie zależy. Nie mam tego ciśnienia. Dziś czuję spokój i pewność, że niezależnie co się wydarzy, podjęłam dobrą decyzję.

Będzie dobrze.