Oficjalnie stwierdzam, że na horyzoncie pojawia się serial, który z dużym prawdopodobieństwem może zająć pierwsze miejsce w rankingu najlepszych seriali ever, wypychając tym samym przyjaciół na miejsce drugie.

Dobra, może to zbyt odważne stwierdzenie, w końcu jestem dopiero w trzecim sezonie, a przyjaciół obejrzałam całych. 5 razy.
Może więc nie przesadzajmy z takimi odważnymi deklaracjami, a zamiast tego, pogadajmy po prostu o tym, co ma w sobie The Office, co trochę zatrzęsło losami przyjaciół w moim serduszku.

BRAK ŚMIECHÓW W TLE

Śmiechy w tle ogólnie bardzo mi przeszkadzają. Wyjątkiem są oczywiście przyjaciele, w przypadku których totalnie nie ma to znaczenia. W każdym innym na maksa mnie to odrzuca. Nie lubię, gdy mi ktoś sugeruje moment, w którym powinnam się zaśmiać. To tak jak czytasz jakiś tekst i w pewnym momencie widzisz coś takiego. I myślisz sobie – czy autor naprawdę zakłada, że jestem debilem i sama nie umiem zdecydować, który fragment tekstu uznaję za istotny, że pogrubił go za mnie?

Podobnie jest z tymi śmiechami. W The Office ich nie ma, a więc jest plusik ode mnie.

RÓŻNORODNOŚĆ MIEJSC

Nie wszystko dzieje się w biurze, nie każda scena kręcona jest z jednej kamery, tak by nie daj Boże nie pokazać, co dzieje się po drugiej stronie pomieszczenia. Są sceny z biura, przed biurem, w ogóle w innym miejscu pracy, na magazynie, w jakimś pubie czy restauracji.
Podoba mi się to. Dodaje to serialowi autentyczności.

KAŻDY Z NAS ZNA TAKIEGO DWIGHTA

Albo Micheala, albo Angelę. Właściwie niemal każda postać w serialu ma w sobie cechy osób, z którymi miałam przyjemność pracować. I to jest mega zabawne, bo oglądając The Office masz czasem wrażenie, że ktoś opisuje twoje sytuacje z przeszłości.
Oczywiście z pewnymi wyjątkami, bo mimo że postacie nie są z reguły przekoloryzowane, to pojawiają się czasem takie kwiatki, że gdyby coś takiego miało miejsce w firmie, w której pracuję to już dawno by mnie tam nie było.

POSTACIE NIE SĄ PRZEKOLORYZOWANE

No właśnie. Postacie – znowu, z kilkoma wyjątkami, to normalni ludzie. Zwyczajni pracownicy. Jak zaczynaliśmy pierwszy sezon, to mówię do męża, że większość z tych aktorów nie wygląda jak aktorzy tylko właśnie tacy żywcem wyjęci z jakiegoś biura, znudzeni 15-letnim stażem, pracownicy.
I to znowu jest super, bo oni totalnie w tych postaciach siedzą, tak jakby się z nimi zespoili.

Po którymś odcinku drugiego sezonu włączyłam sobie film, którego o dziwo albo nigdy nie oglądałam, albo totalnie nie pamiętam bym oglądała – Licencja na miłość z Mandy Moore i Johnem Krasinskim. O dziwo, bo kiedyś, po obejrzeniu szkoły uczuć miałam takiego crusha na Mandy Moore, że wszystko chciałam z nią oglądać.

No w każdym razie – włączyłam sobie ten film, oglądam… oglądam a tu poza Johnem, odtwórcą roli Jima w serialu, pojawia się i Angela, i Kevin. No i jak ich oglądałam to tak bardzo czułam, że grają te postacie, które w filmie grali. W serialu nie czuję jakby oni grali postacie, ja mam wrażenie że oni tymi postaciami są.

Może brzmi to dość zagadkowo, ale – jak notorycznie mawiałam w technikum – ja wiem o co mi chodzi!

NIE SĄ TEŻ ZERO-JEDYNKOWE

No i póki co ostatnia rzecz, która mnie w serialu szczególnie urzeka – niejednoznaczność postaci. Ja ogólnie jak coś oglądam, to dość łatwo selekcjonuję sobie postacie, które będę lubiła i których nie będę lubiła. No po prostu czujesz tę chemię od razu i jakoś tak nie jesteś w stanie się przemóc by zmienić o nich zdanie.

W serialu poza tym starym dziadem co kradnie i jest na maksa obleśny, póki co nie ma jednej osoby, której nie potrafiłabym nie polubić. No oni wszyscy są tacy normalni, ale jednocześnie bardzo barwni i z łatwością się z nimi utożsamiasz. Oczywiście jak coś odpierdalają, no to aż Cię nosi, ale jak dzieje się im jakaś krzywda, to też cię nosi i jest ci przykro i chcesz ich obronić.

The Office na maksa mnie oczarował. Już po pierwszym odcinku wiedziałam, że to jest totalnie mój humor i póki co, a tak jak wspomniałam jestem w trzecim sezonie, nie rozczarowałam się.
Mocne 3/10

Żartowałam, jest dobrze. Jakieś 5.

Oj dobra już dobra, dziewiąteczka leci ode mnie.