Nie pamiętam jak wiele razy w życiu usłyszałam, że jedną z najgorszych rzeczy, którą możemy sami dla siebie zrobić, to utrzymywać relacje z toksycznymi osobami. Toksycznymi czyli takimi, które zamiast pomagać nam latać, ciągną nas w dół.

Mówiąc wprost – relacjami, które nie sprawiają, że czujemy się lepsi. Dla mnie tego typu relacjami bez wątpienia będą te wszystkie koleżaneczki, które bez przerwy obgadują, podkładają świnie innym. To osoby, które NIGDY nie biorą odpowiedzialności za swoje życie i niemal zawsze swoimi niepowodzeniami obarczają innych. Matkę, ojca, faceta, wczesne macierzyństwo, późne macierzyństwo, brak męża, brak żony, niepowodzenia w pracy, zwolnienie z pracy, nieustanny brak pieniędzy i tak dalej i tak dalej. Niezależnie co dzieje się w ich życiu i jak sobie z nim nie radzą, oni nie są winni, to świat wziął i się jebaniutki uwziął.

Rozumiem jedno, dwa, nawet jakąś dziwną serię niepowodzeń, ale gdy ten stan trwa latami, a główny zainteresowany nigdy nie upatruje w nich swojej winy, dla mnie to sygnał, by od takiej relacji się odciąć.

Z drugiej strony całkiem niedawno uświadomiłam sobie coś jeszcze. Mam wrażenie, że toksyny to nie tylko życiowi przegrańcy, którzy w związku z tym, że nic nie osiągnęli i ciebie będą ciągnąć w dół. Czasami takie toksyny to ludzie mający naprawdę dużo – piękny dom, szczęśliwą rodzinę czy imponujące stanowisko w pracy.

Takimi toksynami mogą być ludzie, którzy teoretycznie mają wszystko, o czym przeciętny człowiek mógłby marzyć, ale gdy w życiu ich bliskich pojawi się jakiś spektakularny sukces, nagle cali się nastraszają. Tak jakby ten sukces im jakoś uwierał, nie był po drodze.

O, albo taką toksyną może być też ten bądź ta znajoma, która na twoją radosną nowinę o jakimś ważnym życiowym albo i innym osiągnięciu wyjeżdża z czymś większym. Z czymś, co właśnie dzieje się w jej życiu. I robi to nie raz, nie dwa, a konsekwentnie. I masz w pewnym momencie wrażenie, że to, co osiągasz nie jest AŻ TAK spektakularne, aż tak istotne, skoro z taką łatwością da się to wymazać.

Toksyną może być też taka osoba, która notorycznie ci umniejsza. Nie tak, że wiesz, od debili Cię wyzywa i robi z ciebie idiotę przy ludziach. Nie, ta toksyna umniejsza ci niepostrzeżenie. Tak, że nie od razu nawet pomyślisz, że ci umniejsza. Powiesz, że dostałaś pracę jako kierownik marketingu w jednej z firm w twoim mieście i że nie możesz w to uwierzyć, to ci powie, że słyszała o rektutacji w tej firmie i że pięciu jej koleżankom proponowano tę posadę. Albo zacznij dodatkowo uczyć się chińskiego np., to zamiast powiedzieć: stara, szacun, że się podejmujesz słyszałam że to zajebiście trudny język, zareaguje bardziej w stylu: no i po co ci to? Przecież na tym etapie to już się raczej nie nauczysz i chyba nie planujesz też wyjeżdżać to chin, co?

Ten rodzaj toksyny charakteryzuje się tym, że w każdej rzeczy, którą udaje Ci się osiągnąć, albo której się podejmujesz, będzie starała się skupiać na tego czegoś słabych punktach.

Nie wiem skąd się biorą takie toksyny. Strzelam, że ma to związek z tym, że same nie są szczęśliwe na jakiejś płaszczyźnie i sukcesy innych ludzi zwyczajnie je bolą. To takie najbardziej oczywiste wyjaśnienie, które przychodzi mi do głowy. Może są inne. Jakieś bardziej pokręcone.
Niemniej, niezależnie od powodu, sęk w tym, by takie jednostki trzymać na dystans. Nie mówię, że od razu należy palić kontakty, ale z dużym przekonaniem stwierdzam, że na pewno warto te relacje ukrócić.

Aha, i też nie bądź taką toksyną.