Zawsze byłam kiepska z matmy. Przynajmniej za dzieciaka tak o sobie myślałam. Nie trudno było myśleć, gdy ani w domu, ani w szkole nikt nigdy nie powiedział, że sobie radzę. Przeciwnie, do gimnazjum jedynym co w tym obszarze słyszałam, było mniej bądź bardziej dobitne – jesteś głąbem.

Ha! W czwartej albo piątej klasie byłam nawet zagrożona jedynką na semestr.

Matma strasznie mnie stresowała. Nie rozumiałam jej. Denerwowałam się na samą myśl o jakichś działaniach matematycznych. Paraliżowała mnie wizja niezapowiedzianej kartkówki, a wszystko co tylko mogłam starałam się wykuć na pamięć.

To zabawne, że wiele lat później zdecydowałam się na pisanie matury z matematyki (kiedy nie było to obowiązkowe), a teraz zawodowo zajmuję się ecommerce.

Co wydarzyło się w międzyczasie, pytasz?

KTOŚ NIE WIEDZIAŁ

Jest coś takiego jak pierwsze wrażenie. Gdy idziesz do nowej pracy i totalnie się do niej przykładasz, a potem kilka razy powinie ci się w czymś noga, prawdopodobnie usłyszysz, że to dziwne jak na ciebie, bo jesteś świetnym pracownikiem. Jeśli od początku się nie przykładasz, a pojawi się kilka sytuacji, w których będziesz chciała się czymś wykazać, możliwe, że to nie wpłynie jakoś znacząco na to, jak w miejscu pracy jesteś postrzegana. Ot po prostu miałaś lepszy dzień. I tyle.

Jest też coś, czego doświadczyłam sama.

Tak, jak wspomniałam, podstawówkę kończyłam na dwójach z matmy i z wielkim pragnieniem, by ten matematyczny koszmar w końcu się skończył. Gdy trafiłam do gimnazjum – wciąż ta sama szkoła ale inna klasa, moją nauczycielką matematyki była babeczka, która wcześniej uczyła moją totalnie mądrą siostrę. Pomyślała więc, że skoro Ania tak świetnie sobie radziła, to ja pewnie też. Obok tego siedziałam w ławce z bardzo mądrą przyjaciółką i generalnie otaczałam się w gronie mądrych dziewczyn.

Wszystko dodane do siebie sprawiło, że kiedyś, gdy dostałam tróję z jakiegoś sprawdzianu, czy kartkówki pani J. Powiedziała: Ula, tylko tyle? Gdzie dla mnie to było totalnie AŻ! Potem zauważyłam, że pani J. Naprawdę myśli, że podobnie jak siostra, rozumiem i kumam matematykę.

I gimnazjum to był właśnie ten przełom. Zaczęłam chętniej uczyć się przedmiotu. Rywalizowałam z samą sobą o lepsze oceny, a szkołę opuściłam z piękną 4 na świadectwie. To było coś, wtedy po raz pierwszy uwierzyłam w to, że nie jestem głąbem matematycznym.

Piszę o tym, bo uświadomiłam sobie jaki potężny ciąg zdarzeń wydarzył się w moim życiu tylko dlatego, że ktoś w przeszłości mnie nie skreślił. A wręcz przeciwnie – traktował mnie tak, jakbym już była świetna. To nie było danie szansy. To było – nie odbieranie szansy.

Chciałabym byśmy tak właśnie traktowali innych. I ludzi, z którymi pracujemy. I swoich podwładnych. I rodzeństwo. I – a chyba szczególnie – dzieci. Wierzę, że są w stanie osiągnąć znacznie więcej, jeśli będą czuły, że my – ich mentorzy czy rodzice tak o nich myślimy.

Photo by Theodor Vasile on Unsplash