Duże zamieszanie wywołuje wirus, który jeszcze kilka tygodni temu trochę śmieszył. W konwersacjach, gdy ktoś głośniej kaszlnal, ktoś inny powiedział – uważaj, bo to może być koronawirus.

Nawet Antek Krolikowski na pogrzebie swojego taty zażartował ze wkrótce może do niego dołączyć.. w końcu coronavirus!

Ja nie wiem nic ponad to o czym mówi Kasia Gandor albo Nauka to Lubię na YouTube bo staram się nie wpuszczać do głowy medialnej paniki, która niczemu nie służy.

Jedna myśl natomiast, która od dłuższego czasu mocno siedzi w mojej głowie. Mianowicie taka, ze koronawirus to niezwykły test naszej miłości do bliskich nam (ale nie tylko) osób. Jeśli podchodzę do tego lekkomyślnie (czyli nie przykładam wagi do higieny) to jest więcej niż pewne, ze jeśli ten wirus w końcu mnie dopadnie, ja przekaże go innym.

Sąsiadce. Pani w sklepie. Urzędnikowi. Mężowi. Matce. Ojcu.

Ja mogę sobie z tym wirusem poradzić. Może tylko trochę się pomęczę. I już. Ale nie mam pewności jak poradza sobie z nim inni, z którymi mam nieustanny kontakt. Jak ten wirus przejdą moi rodzice czy babcia, którzy wg statystyk są w puli najbardziej zagrożonych.

Wirus bardziej niż cokolwiek innego pokazało mi, ze jestem z moim mężem (w szczególności z nim, bo od rodziców i innych członków rodziny jesteśmy aktualnie odcięci) jednością. Jeśli ja nie przestrzegam higieny, a wirus już gdzieś się we mnie zagnieżdża, przejdzie to na mojego męża. W mgnieniu oka.

To jest tak proste i brutalne jednocześnie.

Wiec jeśli w tej walce my kontra coronavirus nie troszczysz się specjalnie o siebie, pomysl ze masz moc przekazania albo nieprzekazania wirusa dalej. I może… dzięki tej myśli uratujesz swoją babcie.
Czy dziadka. Czy kogoś na kim naprawdę ci zależy.