Pomyślałam sobie dziś… (co to będzie za odkrywcza myśl, to nie uwierzysz!!!). Pomyślałam, że nic nie trwa wiecznie. I że emigracja prędzej czy później się skończy. Jeśli nie dosłownie, to przecież w sercu na pewno.

Często wracam myślami do początków i żałuję, że powoli je zapominam. Zapominam co czułam jak pierwszy raz weszłam do naszego nowego mieszkania. Jakie się puste wydawało wtedy. Zapomniałam gdzie kupiliśmy pościel i poszewki. Zapominam kiedy poczułam się tu ok – po miesiącach ogromnej tęsknoty.

Zapominam jak wyglądało szukanie pracy w Anglii. Pamiętam ogół – że było gorąco i zajebiście ciężko, powoli zapominam jednak te uczucia i jakieś pojedyncze sytuacje, które je powodowały. I gdy sobie z mężem o tym rozmawiamy i np. On mówi – a pamiętasz tę sytuację jak zadzwonili do ciebie…

I zdarza się np., że nie pamiętam. A to tylko 3 lata temu było. Tylko 3 lata.

Jedną z pierwszych ofert, które zaraz po przyjeździe dostałam, była – jak pięknie reklamował jej tytuł na indeed.co.uk “junior marketing specialist”. Jaka ja byłam szczęśliwa, gdy zaprosili mnie na rozmowę. Pana Boga za nogi złapałam! Gdy dojechałam na miejsce i zaprowadzono mnie do pokoju oczekiwania, szybko zorientowałam się, że jestem totalnie underdressed. Na przeciwko mnie siedziała śliczna, dwudziestokilku letnia dziewczyna, w eleganckich szpilkach i małej czarnej. Obok siedział facet w dobrze skrojonym garniturze.

Gdzie ja jestem? Zastanawiałam się.

Wyobraź sobie więc jak olbrzymie było moje zdziwienie, gdy jeszcze tego samego dnia, otrzymałam z firmy telefon że chcą bym przyszła na dzień próbny. Skakałam z radości. Zwłaszcza, że – jak parokrotnie nadmienił rekruter – z kilkudziesięciu osób, tylko piątka zostaje zaproszona na drugie spotkanie.

DRUGI, OSTATNI

Nazajutrz, witający mnie w progu rekruter rzuca szybkie – teraz zostawię cię z Ines i już ona przedstawi Ci szczegóły pracy. Ines to kilkunastoletnia hiszpanka, której mina sugeruje, że to nie będzie najłatwiejsze spotkanie. Zrób na niej dobre wrażenie – dodaje rekruter.

No więc do dzieła. Okazało się, że miejsce mojej pracy zgaduje się kawałek od centrum, więc aby się do niego dostać, musiałyśmy podjechać pociągiem. Przy wejściu do biura, w którym odbyłam rozmowę, czekały na nas jakieś dwie inne dziewczyny. Na oko 18+ lat.
W międzyczasie dowiaduję się, że firma do której jedziemy znajduje się niedaleko mojego mieszkania. Czyli jakieś 15 minut drogi. Wystarczająco, by zrobić dobre wrażenie.

No więc robiłam. Zagadywałam ją, pytałam o zainteresowania, mówiłam że to niezwykłe, że będąc w Anglii zaledwie kilka miesięcy, osiągnęła już tak dużo. W końcu jest szefową naszej trójki przynajmniej.
Ona z kolei o nic mnie nie pytała. Nie interesowało jej ani kim jestem, ani co robię w Anglii. Ines nie miała na to czasu. Ona w drodze do naszej firmy, uczyła mnie marketingu. I kazała na kolanie napisać plan biznesowy – co by zobaczyć mój potencjał.

Gdy dojechaliśmy do firmy, okazało się że w jej miejscu stoi Morrisons. Dziewczyny w ogóle się tym nie przejęły, co było trochę podejrzane, ale postanowiłam robić to, czego nauczyłam w pociągu – nie zadawać za dużo pytań. Ines i koleżanki stanęły przed wejściem do morisona, wypakowały z walizki rozkładany stół, krzesła i ulotki i zaczęły pracę.

Tak – junior marketing specialist to w wolnym tłumaczeniu “Osoba odpowiedzialna za wkurwianie wychodzących ze sklepu klientów pytaniami o to, jak płacą za gaz w domu i że mogą taniej!”.

Och jak mi było przykro, że ta cała ekscytacja, to dzikie podniecenie, że to wszystko było takie bezcelowe. Chwilę po tym oczywiście przyszły wątpliwości. Może naprawdę to jest maks jaki w anglii osiągnę? Kogo ja próbuję oszukać? Kto z moim angielskim zatrudniłby mnie do marketingu?

Wątpliwości na emigracji to coś, co każdy z nas – emigrantów – doskonale rozumie. Te ciągłe kwestionowanie swoich umiejętności itd. Zaczynamy wszystko podważać, a siebie samego sprowadzając wyłącznie do tego, na jakim poziomie mówimy po angielsku. Smutne, ale niestety prawdziwe.

Szczęśliwie nie podjęłam się tamtej roboty, dzięki czemu kilka miesięcy później pojawiło się coś znacznie lepszego, za co będę wdzięczna chyba do końca życia!

No ale… Nie o tym.

Chciałabym emigrację przeżywać na wyższym poziomie. I pisać o tym, co mnie tu spotyka. Mówić trochę więcej o teraźniejszych emocjach, a nie o tym, co było ważne kiedyś. O odkryciach. O jakichś rozkminkach. O wszystkim tym, co tworzy mnie na emigracji.

Mam nadzieję, że ten projekt wypali. Nie mam planu co do częstotliwości aktualizowania dziennika. Może raz na kilka tygodni, albo kilka miesięcy. Zobaczymy.

Sijulejta!