No dobra – niemal czterech latach, bo do naszej kwiatowej czy tam owocowej rocznicy ślubu brakuje jeszcze kilka miesięcy.

Raz na jakiś czas przeglądam internet w poszukiwaniu blogów, które czytałam przed laty. Tak sobie sprawdzam czy jeszcze istnieją, a jeśli tak – o czym aktualnie traktują, jak zmienił się styl autorów. Tym sposobem trafiłam na jeden ze ślubno-małżeńskich blogów, któremu lata temu bardzo kibicowałam i który z ogromnym zaangażowaniem czytałam – nie tylko w okresie slubnych przygotowań.

Potem przypomniałam sobie te wszystkie blogi stricte związane ze ślubem, dzięki którym okres przedślubnej sraczki nie był taki trudny do przetrwania. Albo może właśnie był. Zależy jak spojrzeć, bo zanim nie zapytałam internetu o to, jak się zabrać do przygotowań ślubnych, totalnie nie wiedziałam jak ważny jest motyw przewodni na weselu… No dobra, trochę żartuję. Ale trochę też nie!

No i gdy tak się zagłębiałam w te blogi, zaczęłam sobie przypominać własne ślubno weselne rozterki. Ot choćby

Obsesja na punkcie zachowania spójnego stylu i strach przed katastrofą

Mój ślub był w klimacie rustykalnym. Wesele w pięknej sali weselnej na końcu niczego. Było dużo liści, szyszek i drewna. Zależało mi na tym by zaproszenia, tort, nawet upominki dla gości miały elementy wspólne. Nie byłam jakąś szczególną bridezillą w tym okresie, choć florystce za nieodpowiedni dobór kwiatów trochę się oberwało. Wstyd mi za to dzisiaj. Zwłaszcza, że jak teraz na nie patrzę, to wyglądały przepięknie!

Ogólnie serio nie czaję tej presji, którą na siebie nakładamy w tym czasie – że wszystko ma być takie idealne i każde nieprzewidziane wydarzenie to zalążek jakiejś turbo katastrofy. Gdybym brała ślub dzisiaj, totalnie bym olała te wszystkie rzeczy i skupiła się wyłącznie na tym, że to jest super zabawa i nikt, totalnie nikt poza mną nie widzi żadnych katastrof.

W ogóle to strasznie mi się podobają takie wyczilowane panny młode, traktujące ślub jak trochę lepszą imprezę ze znajomymi, którym nie w głowie martwienie się tym, by wszystko było zapięte na ostatni guzik.
Zobaczycie, że za kilka lat to będzie turbo modne i takie rzeczy jak uczenie się kroków do pierwszego tańca, jakieś próbne makijaże i fryzury ślubne albo organizowanie wszystkiego w jednym, totalnie spójnym stylu będzie trochę obciachem. Zapamiętajcie me słowa dzieciaki!

Uważam, że zabawa weselna to super sprawa.

Słyszę czasem od znajomych mężatek, ze gdyby dziś miały jeszcze raz wychodzić za mąż, to by nie robiły wielkiej imprezy weselnej. Bo to i stres, i nierozsądnie wydane monety.
Ja gdybym miała swój ślub przeżyć jeszcze raz, nie obyłoby się bez weselnej zabawy. Po pierwsze dlatego, że to był fantastyczny dzień i cudownie się bawiłam. Choć nie będę ukrywała, że koło północy miałam już ochotę się zmywać ;D. Dwa – wesele to jedyna okazja do tego, by w jednym miejscu i czasie spotkać wszystkich, na którym ci zależy. Jasne – czasem trzeba zaprosić ciotkę, z którą od lat nie mamy kontaktu, ale poza tą ciotką są dziesiątki innych osób, które przyjechały specjalnie dla Ciebie. I których być może nie widziałaś od miesięcy czy lat.
Drugiej takiej okazji pewnie już nie będzie.

Uważam, że video z tego dnia to totalny must!

Coraz mniej popularne jest decydowanie się na video ze ślubu. Nie rozumiem czemu. Przecież za 20-30 lat to będzie totalnie niezwykła pamiątka. Zdjęcia nie oddadzą emocji tak, jak video. Nie zobaczysz swoich rodziców, babć czy przyjaciół w ruchu. Tego jak tańczą, jak się wzruszają, jak twoim rodzicom drży głos podczas błogosławieństwa. Jak kolega próbuje wyciągnąć babcię do tańca…

Filmu z wesela nie oglądałam od trzech lat. Niektórych motywów już nie pamiętam i nie powiem żebym strasznie chciała to sobie obejrzeć. Ale myśl, że to video istnieje, że w każdej chwili mogę je odtworzyć, popatrzeć na siebie i swoich bliskich jest jak wybawienie. I bardzo się cieszę, że je mam!

Czerwone usta w dniu ślubu to nie jest najlepszy pomysł

Bo czerwone usta to ciągła rozkmina czy nic się nie rozmazało, czy to wciąż wygląda ładnie. Gorzka wódka – punkt programu;) – też nie pomaga w utrzymaniu tego elementu makijażu w stanie nieskazitelnym. Drugi raz na tak intensywny kolor chyba bym się nie zdecydowała.

Soczewki bym sobie odpuściła

Zdecydowałam się na soczewki i trochę żałowałam. Po pierwsze dlatego, że na codzień nie noszę soczewek, więc tamtego dnia pamiętam, że mnie strasznie irytowały. A po drugie dlatego, że ja jestem okularnica. Okulary to element mojej tożsamości, jakkolwiek dziwnie to brzmi. Generalnie odkąd pamiętam noszę okulary i zawsze to w sobie lubiłam. I nie wiem co mnie podkusiło, żeby tego dnia ich nie założyć.

I nie kupowałabym sukni ślubnej

Różnica między kupnem a wypożyczeniem z reguły nie jest duża, właśnie temu większość z nas zwykle decyduje się na zakup. Moja suknia wisi gdzieś i od prawie 4 lat zbiera kurz. Nie jest też na tyle trendy, żeby ktoś specjalnie chciał ją kupić, więc póki co czekam aż moda zatoczy koło i sprzedam ją wtedy za grube miliońce.

No a tak serio  – nawet jeśli różnica to 300, 400 zł to wciąż jest to dużo. Chociaż zdaję sobie sprawę, że trudno w tym przypadku coś doradzać, bo każda suknia, to oddzielna historia. Ja gdybym wiedziała jak to będzie wyglądało po latach, nie zdecydowałabym się na kupno.

 

A tak w ogóle to strasznie dużo czasu minęło od dnia naszego ślubu. Nie chce mi się wierzyć, że będą to niedługo 4 lata.
Fajnie wspominam ten dzień i dziękuję Bogu, że mogłam go celebrować ze wszystkimi bliskimi.

I wiem, trywialne to wszystko, ale serio – to najważniejsze.