Czyli życie w rzeczywistości w której wybór jest tak duży, że nie bardzo wiadomo co należy wybrać.

Chciałabym wiedzieć jakie to uczucie, kiedy praca właściwie leży na ulicy i wzywa po imieniu. Z drugiej strony totalnie rozumiem ten strach, o to która droga jest najlepsza i najrozsądniejsza.

Teoretycznie efekt końcowy jest taki sam jak u wszystkich – niezależnie na co się zdecydujesz, to będzie to. Dwóch żyć na raz nie da się prowadzić. Jednak fakt, ze tych opcji jest tak dużo może przytłaczać. Może ta świadomość porażki jest wówczas większa.

Nie wiem. Nie stałam przed trudnym wyborem między pięcioma fenomenalnymi uczelniami, z których wszystkie się o mnie zabijały. Nie byłam w sytuacji, kiedy dziesięć równie obiecujących firm rzucało we mnie miliońcami, żebym dołączyła do ich zespołu. Nie znam uczucia, kiedy trzech równie przystojnych co inteligentnych facetów chciało się ze mną spotykać.

Rozumiejąc te wszystkie dylematy, myślę też sobie, że to musi być zajebiście fajnie mieć taki wybór. Może nie w każdym aspekcie życia, bo serio, 3 przystojnych i inteligentnych gości it’s just too much! Ale generalnie wiedzieć, że niezależnie co będziesz w życiu studiować, prawdopodobnie znajdziesz w tym kierunku zatrudnienie. Idziesz na filozofię, bo cię jara i nie skupiasz się za bardzo na tym, że po ukończeniu studiów będziesz mógł pracować na dwóch stanowiskach, z których dwa są już zajęte. Nie wiem, kręci cię socjologia, no to idziesz na socjologię.

Po prostu nie rozkminiasz tego, bo wiesz że coś na pewno się dla Ciebie znajdzie. Jeśli nie w Polsce, to gdzie indziej. Znasz języki, masz wybór.

Większość moich rówieśników (pokolenie milenialsów) nie studiowała tego, co ich jarało. Totalnie nie. Poszła na studia głównie z pobudek zawodowych – co finalnie da mi jeść. Większość moich znajomych nie pracuje w zawodzie, który rozcierał się przed nimi 10 lat temu. Tylko garść robi coś związanego z kierunkiem ukończonych studiów.

Więc jeśli jesteś przed wyborem studiów, to to, na co się zdecydujesz nie musi mieć większego znaczenia. No chyba że jest to prawo czy medycyna, a więc kierunki wymagające wieloletniej nauki, wtedy rozumiem sens sraczki. Jeśli cokolwiek innego, nie rozkminiaj za dużo. Po prostu kieruj się tym, co sprawia ci radochę.

Poza tym to w ogóle nie musisz iść na studia. Jeśli jedyną motywacja jest fakt pójścia na studia. Jeśli nie jesteś pewna co chcesz w życiu robić, to może lepiej dowiedzieć się tego najpierw, a potem ewentualnie podszlifować teorię na studiach? Ja w wieku 30 lat zaczynam rozumieć co mi sprawia radość i w czym jestem dobra.
Zanim do tego doszło uczyłam się w technikum kelnerskim, zrobiłam inżyniera produkcji i pracowałam w marketingu. Aktualnie spełniam się w eccomerce.

Czy będę to robić przez następne 10 lat? Nie wiem, może. A może nie, może zacznę przedłużać innym włosy. Cholera wie.

Mam jeszcze całe życie by się dowiadywać.

 

Photo by Katarzyna Korobczuk on Unsplash