Znasz to standardowe pytanie, które zwykle pada na rozmowach kwalifikacyjnych? Gdzie chciałabyś być za 5 lat? Jak widzisz siebie w tej firmie za 5 lat? Co chcesz w tym czasie osiągnąć.

Na większości stron internetowych przeczytasz pewnie, że jedną z najbardziej pożądanych odpowiedzi jest stanowisko wyżej. (Albo dwa!) Jeśli jesteś programistą, to potem seniorem, a potem może jakimś liderem, a potem managerem. Najlepiej od razu managerem, żeby było widać, że jesteś ambitna.

Na jednej z rozmów, na której miałam przyjemność uczestniczyć, zadano mi to pytanie. Odpowiedziałam – trochę zgodnie z przeczuciem, a trochę za sprawą wyczytanych wskazówek, że chciałabym zarządzać niewielkim zespołem.

Później dopiero miało się okazać, że ten zespół już właściwie na mnie tam czekał.

Kiedyś, gdy bawiłam się w biznesy z Amwayem (sprzedaż oparta na systemie poleceń, MLM) pamiętam, że podczas pokazywania planów biznesowych różnym ludziom, strasznie mnie bawiło jak ktoś mówił, że im to się nawet podoba praca na etacie. I że w najbliższym czasie wcale nie planują tego zmieniać.

Wtedy oczywiście myślałam, że to zwykłe wymówki. Bo jak możesz chcieć pracować na etacie, zarabiać żałosne pieniądze, być na łasce pracodawcy z przerośniętym ego, a nie zaangażować się w multimilionowy byznes, w którym samś sobie sterem, żeglażem i okrętem. Spoiler alert – tak naprawdę to nie!

Dzisiaj totalnie to rozumiem. Pracuję na etacie i strasznie mi z tym fajnie. Po pierwsze dlatego, że w całej firmie odpowiadam wyłącznie za to, żeby mój mały kącik lśnił i błyszczał. I nie interesują mnie specjalnie inne obszary funkcjonowania firmy. Po drugie jak łatwo pojawiłam się w miejscu pracy, tak łatwo mogę z niego odejść. Poza – niekiedy – sentymentem, nic mnie tam właściwie nie trzyma. Po trzecie, jeśli pracuję w zdrowej firmie, to po 8 godzinach pracy mam czas na swoje życie. Jeszcze pewnie można dużo wymieniać.

Tak samo jest w kwestii szczebli w miejscu pracy. Oczywiście fantastycznie, jeśli możesz się po nich piąć i realizować pracownicze oraz biznesowe cele. Tylko jeśli bycie managerem albo kierownikiem to cel sam w sobie – bo ładnie wygląda na linkedinie i nic ponad to za tym celem nie stoi, to jest to średni cel. To raz.

Dwa – znam świetnych wykonawców. Rewelacyjnych pracowników, którzy genialnie wykonają zadanie, które zostaje im przydzielone z góry. Sami natomiast znajdują trudność w podjęciu decyzji. Sama tak czasem mam. Uwielbiam wpadać na fajne pomysły, całym sercem sprzedaję je później dalej, ale niespecjalnie lubię stać za ostateczną decyzją. Wolę, gdy robią to moi przełożeni.

Z drugiej strony – znam też genialnych managerów. Z wyjątkową lekkością przekazują swój feedback na różne tematy, a jednocześnie nie jest to feedback, po którym masz ochotę urżnąć się w barze jak świnia i zapomnieć. Nawet jeśli negatywny – powiedziany w taki sposób, że aż się palisz, by poprawić niedociągnięcia.

Znam menagerów, którzy wprowadzają do środowiska pracy ład i porządek, a nie rzucają last-minute projektami po ryju. Z nimi wiesz co, gdzie jak i po co. Przede wszystkim po co!

Ci menagerowie nie zawsze są świetnymi wykonawcami. Oni wiedzą jaki jest cel wykonania danej rzeczy i co dzięki temu osiągniemy jako firma, ale zacznij wprowadzać ich do etapów, które ty – jako wykonawca – musisz przejść, po minucie zaczną się w tym gubić. Nie rozumieją procesów, męczy ich droga. To wizjonerzy, nie – specjaliści.

No i co chcę przez to wszystko powiedzieć? Ano to, że stanowisko zarządzające w firmie nie musi być twoim celem, tylko dlatego że tak sugerują poczytne strony internetowe. Na tym, wydaje mi się łatwo odróżnić profesjonalistę od amatora. Profesjonalista, wiedzący że managerowanie nie jest jego mocną stroną, powie – jestem świetnym copywriterem i na pewno chciałabym móc w waszej firmie szlifować warsztat i być jeszcze lepsza w tym co robie. Amator, nieznający swoich mocnych i słabych stron, powie – chciałabym mieć zespół copywriterów który ma zespół copywriterow. Po co? Nie wie.
Wyjdzie w praniu.