Miesiąc kwarantanny robi swoje. Przymusowe siedzenie w domu to coś, na co patrzyłam z radością, ale również sporym strachem. Tym bardziej, że jednak przy pandemii nie towarzyszy sielankowy nastrój. Nie sądzisz?

A mimo to jakaś nutka wolnego miała zabarwienie pozytywne. Bo komu nie podoba się wolne? Można zrobić TYLE rzeczy…phiii po miesiącu udało mi się nadrobić kilka seriali (bez których pewnie bym przeżyła), przeczytać w końcu kilka zalegających książek na półkach (nie wiem czy poukładały mi w głowie, niektóre to pewnie zrobiły większą sieczkę). Miło patrzeć jak liczba zdjęć w folderach z prawie 20 tys zbliża się do 10 tys. Układanie puzzli (1000) było czystą zabawą ( po 6000 myślałam, że długo nie usiądę do tych małych kawałeczków). Spędzanie czasu na błogim leżeniu i nic nie robieniu, planszówki (wsiąść do pociągu-genialna-polecam). Fakt kąty, które od dawna prosiły o porządki w końcu się doczekały, więc wiosnę czas zacząć.

Było by zupełnie cudownie gdyby nie fakt, że przez ten miesiąc borykałam się z uciążliwym kaszlem i nieustępliwym katarem. Wycieczki rowerowe i wszelkie sporty na świeżym powietrzu były odłożone. I czy siedzenie w domu przez ten okres uważam za udany? Wiecie co?? Taki czas pokazał mi jak bardzo jestem leniwa, niezorganizowana i chyba tyle. Bo nie udało mi się codziennie ćwiczyć, nie opanowałam tip top żadnego języka obcego, a przecież powinnam czuć się zobligowana skoro mieszkam za granicą, A tu nic. Za to przeszłam kilka gier komputerowych. Przeżyłam święta wielkanocne online z dominikanami. Wiecie nawet swojej więzi z Bogiem zbytnio nie zgłębiłam. Chodzenie na wspólnotę online też jakoś na bakier, ale to ostatnie nawet w realu mi jakoś ostatnio słabo wychodziło.

Ale po co ja to wszystko piszę? Do czego zmierzam?

Mimo że fizycznie jestem wypoczęta, a może wręcz rozleniwiona już, to psychicznie leże. W mojej głowie toczy się wojna, Wojna o to jaka powinnam być, a jaka jestem. Osądowi nie ma końca! Przechylam się za skazaniem na wieczne potępienie z powodu lenistwa i braku jakichkolwiek wyższych ambicji, celów. Próbuję sama przed sobą dowieść, że powinnam być poliglotą, ekspertem w jakiejś dziedzinie, a no i odpowiednią kandydatką na dziewczynę z poukładaną przeszłością bez problemów emocjonalnych. A tu guzik. Policzek w twarz. No dobra znowu nokaut-tysiąc ciosów nie tylko w twarz. Już dawno leże i nadal się kopię. A przecież tak nie wolno, Prawda?? To tak jakby krowa chciała udowodnić, że jest motylem. Nie tyle innym co samej sobie. Nie da się.

Czasami myślę, że to co w nas zakodowane. Te wszystkie oczekiwania, które przez lata słyszeliśmy z każdej strony to tylko nadają się na stos. Powinno się je palić jak kiedyś czarownice (żeby nie było nie popieram palenia kogokolwiek, to tylko takie odniesienie, do faktów). Może to był zły przykład. Inaczej jak paliło się zakazane księgi. (Już lepiej?).

Nie wiem, czy was dopadła taka sytuacja. Prawdopodobnie jak macie dzieci, rodziny to zapewne nie. Bo teraz potroiła się wam liczba obowiązków. Rozumiem, że nie wiecie gdzie wsadzić ręce. a co dopiero znaleźć czas na rozmyślanie.

Wiem, że ten czas dla wszystkich nas zaowocuje prędzej czy później, ale przyznam szczerze- ja jestem wykończona. Czuję się jakby mi wciśnięto koronę na głowę, która zupełnie mi nie pasuje i każą mi w niej spacerować. Straszne, że tym kimś jestem sama ja. We własnej osobie. Straszne, gdy sama siebie nie potrafisz zrozumieć.

Dzisiaj się tak czuję! Dzisiaj chcę się tym z Tobą podzielić! Dzisiaj dopadła mnie moja korona i jej ciężar… I przyjdą takie dni kiedy znów powiem z pewnym uśmiechem „Czy to źle, że mam dobry humor?”