Gdyby ktoś Cię dziś zapytał jaki twoim zdaniem przedział czasowy w życiu człowieka jest najciekawszy, to co byś powiedziała? Podstawówka – bo beztroska? Liceum bo pierwsze poważniejsze relacje? Studia i te kilka lat później, kiedy zaczyna nam się klarować plan na własne życie? 25+ lat – kiedy być może przygotowujesz się do małżeństwa i macierzyństwa?

A może zawsze najbardziej nie mogłaś doczekać się tego czasu, gdy masz jakieś 35-40 lat, w miarę dorosłe dzieci, wyrobioną pozycję w firmie i swoje cztery kąty. Urządzone dokładnie tak, jak zawsze o tym marzyłaś.

Photo by Edgar Castrejon on Unsplash

Mam wrażenie, że życie liczymy na zasadzie check pointów. Szkoła – studia – pierwsza praca – chlopak – ślub – mieszkanie – dzieci… Oczywiście wszystko to w odniesieniu do własnych priorytetów. Nie wiem, może tę linię życia układacie w głowie trochę inaczej. Może nie kończy się w wieku 33-35 lat.
W mojej głowie się trochę kończy.

W sensie – oczywiście, że gdy osiągnę wszystkie te check pointy, pojawią się kolejne. W końcu nie wyobrażam sobie życia życiem moich dzieci przez następne 30-50 lat. To by było strasznie smutne, co?

Ale też z drugiej strony ciężko mi wymyślić te kamienie milowe po trzydziestym roku życia, które dotyczyły by stricte mnie. Do tej pory jest w miarę łatwo. Człowiek jest zajęty rozwijaniem kariery, może wyczekuje ślubu, dziecka. To wszystko zwykle kręci się w tym czasie. Często, gdy porównujemy się do koleżanek ze studiów, myślimy – oho, ta ma już męża i dziecko. Ta nawet dwoje. Ta zrobiła doktorat. Ta rzuciła studia prawnicze i wyjechała do Holandii programować.

Od starszych słyszymy też często, żeby wykorzystać to życie przed dziećmi, bo później to już w zasadzie nie będzie jak. I człowiek tak jakoś się nastawia. Projektuje sobie w głowie, że będąc rodzicem, całe swoje życie skupi na wychowywaniu. Co – oczywiście, nie jest złe, głęboko wierzę że to piękna rola i marzę, by kiedyś móc jej sprostać. Niemniej programuje się nas trochę tak, że z chwilą urodzenia dziecka, wszystko będzie kręciło się wokół tej istoty.

Ciężko jest więc uwierzyć, że będziemy mieli czas i ochotę na podróże, na rozpoczęcie studiów albo jakichś dodatkowych kursów, na realizowanie swoich marzeń.

I gdy tak sobie o tym myślę, to mi strasznie smutno. Bo przecież zakładając pozytywny scenariusz – 35 lat może nawet nie być połową naszego życia. I jest jeszcze tyle rzeczy, na które będzie czas później. Ot choćby podróże. Zawsze chciałam wyjechać do stanów, Australii, Singapuru. Aktualnie z finansowego punku widzenia byłaby to średnio sensowna decyzja, więc ten pomysł odsuwamy w czasie.

Photo by Ryan Christodoulou on Unsplash

A potem słyszę od kogoś, że jeśli nie pojedziemy teraz, to nie pojedziemy nigdy. I to jest bardzo przykra perspektywa, biorąc pod uwagę to, ile jeszcze lat do zapełnienia przeżyciami przed nami.

I osobiście nie mam ochoty wciskać tych wszystkich przeżyć teraz – gdy z wielu powodów to nie czas i nie miejsce. Bo później, gdy już będę duża chciałabym robić w życiu trochę więcej niż przełączać kanały w telewizorze oglądając przeżycia innych ludzi.