Niedawno minęło 6 lat odkąd założyłam bloga. Pamiętam dokładnie początki. Ten lęk przed tym, co o moim pisaniu pomyślą znajomi. Wtedy jeszcze blog przypominał motywacyjną papkę Grzesiaka…

…którego zresztą – co odkryłam przeglądając moje historyczne posty na Facebooku, darzyłam jakąś chorą czcią.

Pamiętam z jakim zaangażowaniem komentowałam wpisy topowych blogerów, żeby ktoś mnie zauważył i odwdzięczył się komentarzem u mnie. Albo, co było ultimate dream, żeby ktoś mnie odkrył! Gdy wracam wspomnieniami do tego czasu, to aż mnie żałość ogarnia. No ale znakomita większość blogerów tak robiła. Myślisz czemu dziś, nawet na poczytnych blogach nie ma komentarzy? Nie dlatego, że czytelnicy przestali je zostawiać. Blogerzy przestali.

A potem, gdy pojechałam na konferencję do Poznania w 2014 roku, podeszłam do jednej blogerki i jak jakaś trzpiotka zaczęłam ją komplementować i wręcz błagać, by zapamiętała nazwę mojego bloga – o-ku-lar-nica-a. Dwa “a” na końcu. Bo inne domeny były zajęte, fiesz…

No I skoro dziś mija 6 lat tego cyrku, to pomyślałam, że podzielę się z wami kilkoma refleksjami.


Dopiero od jakiegoś roku odczuwam autentyczną radość prowadzenia strony.

Nie zrozum mnie źle, początki blogowania były fajne pod tym kątem, że czułaś, że należysz do jakiejś elity, że to takie modne i nie każdy ma jaja, żeby publicznie się uzewnętrzniać. Potem, gdy szli za tym czytelnicy (pamiętam cudowne miesiące, gdy moją stronę miesięcznie odwiedzało kilkanaście – kilkadziesiąt tysięcy osób) to było coś turbo motywującego. Potem, fanpage na fb, gdzie mogłam sobie z tymi ludźmi pogadać.

Tylko, że gdy dziś o tym myślę, to mam takie wrażenie, że wtedy nie czerpałam radości z samego pisania. Z lektur kominka wynosiłam, że ideą blogowania jest wybicie się. Przyciąganie czytelników czymś innym niż wszyscy. Poruszanie niesztampowych tekstów, albo nadawanie zupełnie innego znaczenia aktualnym tematom.

I znowu – rozumiem powód. Przecież nie zaintrygujesz czytelnika tym samym co wszyscy. Tylko przez to, tamten okres kojarzy mi się jakimś takim ciśnieniem, walką o statystyki. Pogonią, żeby poruszane teksty zaskakiwały albo wkurwiały.

Od kilku lat nie wrzucam nic na fb (poza wyjątkami), nie sprawdzam statystyk i nie rozkminiam jakie tematy poruszać, by się dobrze klikały. Wisi mi to zupełnie. I chyba dlatego właśnie teraz odczuwam autentyczną radość prowadzenia strony.


Nigdy nie byłam w rankingu Jasonahunta.

Ani jako ktoś odnoszący sukcesy, ani nawet nadzieja blogosfery, hłe hłe. Jeśli to nie jest powód, żeby przestać pisać, to nie wiem co jest!


Gdy zaczynałam pisać bloga pracowałam jako dyspozytorka na taksówkach, potem miałam króciuteńki epizod w radiu. W międzyczasie wciąż robiłam Amwaya, potem zaczęłam pracę w marketingu, potem rzuciłam Amwaya, wyszłam za mąż, wyjechałam do Anglii, pracowałam w social mediach pewnej firmy kosmetycznej, potem pomogłam koleżance wystartować jej markę kosmetyczną, aktualnie pracuję w ecommerce firmy, która sprzedaje produkty i systemy do hydroponicznej uprawy roślin i warzyw. Wcześniej nigdy nawet nie słyszałam tego słowa! No i poza tym robię jeszcze kilka własnych projektów.

I tak sobie myślę, jak wiele i w życiu i w mojej głowie zmieniło się od chwili, gdy założyłam bloga.


Nie lubię szufladek, dlatego blog nigdy nie miał przewodniej myśli

Były blogerki, które pisały o hashimoto albo o raku, albo o wychowywaniu trojaczków, albo o pracy grafika. O albo o wierze. Albo o modzie. Albo o gotowaniu.
Ja chyba nigdy czegoś takiego nie chciałam. Jasne – były momenty, gdy pisałam trochę więcej o wierze, teraz o emigracji. Ale nigdy nie chciałam by ten blog był miejscem, w którym w 90% skupię się na jednym temacie.

Ja jestem chaosem, dziś lubię pisać o ecommerce, jutro o duszy, w sobotę zagryzę to wpisem o sposobach na nudę. A w niedzielę popiję to wszystko tekstem o grach komputerowych. I nara.

Chyba nigdy jednak nie napiszę nic o gotowaniu.

No więc po sześciu latach niewiele się wydarzyło w kwestii samego bloga. Nigdy nie odniosłam jakiegoś zrzucającego z kolan sukcesu, zupełnie straciłam kontakt z czytelnikami. Był czas, że straciłam również zapał do tego bloga. Myśląc jednak o tamtej Uli i dzisiejszej, to dwie tak bardzo różne dziewczyny.

Lubię tamtą – właściwie to nawet nie czuję jakiegoś wstydu czytając jej teksty. Często się z nią nie zgadzam. Och jak wiele razy mam ochotę zostawić jej hejterski komentarz. Bywa, że mnie wzrusza. Ale pod wieloma względami daleko mi do tamtej Uli. Daleko.