Zawsze podziwiałam osoby, które jak to pięknie tłumaczymy na angielski: don’t give a shit. Dalej w sumie podziwiam. To ten rodzaj luzu, którego u siebie nigdy nie znajdowałam. Ja, gdy dzieje się coś emocjonalnie trudnego, zamykam się. Wycofuję. Często płaczę. Oni – zapominają. Tak przynajmniej sobie to wyobrażam.

Oni nie przynoszą błahych problemów do domu. Nie mówią swojej żonie, facetowi czy komukolwiek innemu o tym, że w pracy ktoś burknął coś do nich pod nosem. I że im się przykro zrobiło w tamtym momencie. Takie banały zostają tam gdzie ich miejsce. W dupie.

Gdy szukają pracy, to cały proces przebiega jakoś tak lekko. Płynnie. Odmowa nie sprawia, że nagle kwestionują siebie. Nawet jeśli jakaś ich cecha czy brak pewnej umiejętności zaważyła o tym, że pracę dostał ktoś inny, oni biorą to na klatę i idą dalej. Nie przeżywają. Nie posypują swoich ran solą.

Ja posypuję. Zawsze tak miałam, tylko nie zawsze wprost o tym mówiłam. Bo płakanie po kątach jest trochę żałosne. Poza tym często było mi głupio o tym mówić. Jak mogłam, gdy tak wiele osób uważało, że jestem szczęściarą. Przecież to wstyd. W dupach od dobrobytu się poprzewracało.

Więc nie przeżywałam. Albo to tego przeżywania dopuszczałam tylko garstkę ludzi, którzy pozwalali mi na ten smutek. I nie mówili, żebym nie przesadzała już, bo inni na moim miejscu to by skakali z radości.

Bywam nostalgiczna. Bardzo często zdarza mi się wracać wspomnieniami do tego okresu, gdy byłam nastolatką. Złamane serce tłumaczono mi wtedy tym, że jeszcze się zakocham. Że to, co teraz przeżywam to jeszcze NIC. I że tego kwiatu pół światu. Choć w tamtym momencie byłam pewna, że kwiat jest tylko jeden. I właśnie ktoś mi go wyrwał z rąk.

Gdy emigrowałam do Anglii, strasznie przeżywałam to, jak moje życie będzie się tu toczyło. Wróżyłam różne scenariusze, często czarne, przewidując różne sposoby tego, jak bardzo mi się tu nie powiedzie. Kilka, albo kilkanaście pierwszych nocy płakałam w poduszkę, bo tak bardzo chciałam do domu. Do mamy i taty.
Gdy potem wszystko się unormowało, a Anglię zaczęłam traktować jak sojusznika, było mi wstyd, że tak przeżywałam. Jak jakieś dziecko.

Tylko, że wtedy.. w tamtym momencie było mi ciężko.
A więc radziłam sobie z tym tak, jak potrafiłam. A że nie potrafiłam za bardzo, to sobie nie radziłam.

Ten tekst w pewien sposób łączy się z innym. Tym, o sztuce lubienia siebie. Myślę sobie, że tak to właśnie musi się zaczynać. Gdy dojrzewamy, słyszymy być może, że pewne – naturalne dla nas cechy – komuś sprawiają dyskomfort. Ktoś nam je wytyka. Gdy stresujemy się przed czymś i słyszymy – czego srasz żarem, zaczynamy myśleć o tym, jak o czymś złym, czymś niepożądanym. Zaczynamy się tego wstydzić, a ostatecznie ukrywamy przed światem te cechy.

I chcemy być inni. Chcemy mieć taki zaczarowany ołówek, którym będziemy mogli dorysowywać to, co pożądane i wymazywać to, co się nam wytyka. Co komuś nie pasuje.

Nie ma nic złego w emocjach. To, co jest okrutne i czym często siebie krzywdzimy, jest wstyd z powodu emocji. Zabranianie sobie odczuwania.
Jeśli jesteś wrażliwa i martwisz się czymś, to pozwól sobie na te emocje. Spróbuj je sobie nazwać, zastanowić się co konkretnie odczuwasz. Jeśli z jakiegoś powodu Ci ciężko, to nie czuj wstydu na myśl o tym, że ktoś ma gorzej. Ty jesteś swoim życiem. To, co się dzieje obok, nie ma znaczenia. Jeśli Teresa ze swoim problemem radzi sobie tak, że zakopuje go w piaskownicy, gdy ktoś w międzyczasie trzyma jej koronę, to super – niech Teresa sobie tak radzi.

Tylko to wcale nie znaczy, że to jest jakaś norma.

Photo by Victor Ene on Unsplash