Lubię dać sobie takiego slapa w gębę raz na jakiś czas. Staję sobie wtedy przed lustrem, choć oczywiście nigdzie nie staje, tylko rozkminiam sobie to wszystko w głowie i wyrzucam sobie to wszystko czego mi brakuje.

I jak nieposiadanie tych cech strasznie utrudnia mi życie. I jak zazdroszczę innym, którzy te cechy posiadają. Chciałabym być nimi wtedy bardzo.

Brakuje mi 100% -owego zacięcia do czegoś. Są ludzie, którzy tylko za coś się zabiorą, to osiągają jakieś kurwa niesamowite rzeczy. Mój mąż tak ma. Nieważne czym się zainteresuje, to ja wiem że on to doprowadzi do końca. I dojdzie do perfekcji. On nawet jak gra w strategie, to w tym wszystkim jest jakiś porządek, jakiś sens. I nawet jeśli na początku tego sensu nie widać, to potem zawsze to się wszystko do kupy układa. Ja tak nie mam. Ani w życiu ani w grach. Wybieram sobie jakiś kierunek, gnam w jego stronę z prędkością taką, że aż płuca wypluwam. A po kilku kilometrach uświadamiam sobie, że w sumie to nawet nie wiem czy mi się chce tam biec. Zatrzymuję się i rozglądam za czymś ciekawszym. I tak w koło Macieju.

Brakuje mi samodyscypliny. Gdy wchodzę na dietę, wiem że wytrzymam kilka tygodni max. Nie dlatego, że narzucam na siebie jakiś niewiadomo jaki terror, ot po prostu zawsze w którymś momencie zaczyna mi się nie chcieć. I o ile rozumiem, że większość ludzi tak ma, ja nie potrafię zmusić się, żeby mimo wszystko pociągnąć jeszcze jeden dzień.

Brakuje mi odwagi. Oh, jak chciałabym robić rzeczy, które chcę robić. Nie bać się tego, jak zostanie to odebrane przez innych. W ogóle nie myśleć o tym, co ludzie powiedzą i robić swoje.

Brakuje mi tego pierwiastka zajebistości. W sensie – czasem jak patrzę na innych ludzi, którzy wcale nie są jacyś najznakomitsi w tym co robią – np. marketingu albo w sprzedaży, a jak z nimi rozmawiasz, to masz wrażenie, że oni totalnie myślą że są. Chciałabym częściej myśleć, że jestem zajebista.

Wyplułam z siebie te wszystkie moje braki i wiecie… jakoś tak mi lżej nagle. Ciekawe.

Photo by Bogdan Dada on Unsplash