Sporo dziś myślę o wyborach. Nie, nie tych z 12 lipca. Tak ogólnie. O tym, że ciągle podejmujemy jakieś decyzje. O tym ile, zdawałoby się, małych decyzji determinuje to, co robimy. Albo gdzie jesteśmy.

Bo na przykład o ile wyjazd do Anglii był decyzją dużą, to już konkretne miasto nie miało dla nas aż takiego znaczenia. I gdybyśmy wybrali inne miasto, jak by się to wszystko potoczyło wtedy? Czy bylibyśmy szczęśliwsi? Czy poznalibyśmy fajniejszych ludzi? A może właśnie nie.

Zwolnienie się z pracy rok temu było dla mnie dość dużym, dość stresującym wyzwaniem. Z kolei decyzja by zrobić to w tamtym konkretnym momencie była raczej przypadkowa. W sensie, owszem czułam potrzebę. Ale ta chodziła za mną od miesięcy. Już nawet mąż się ze mną zakładał, że na bank do końca roku tego nie zrobię. Tak dużo o tym musiałam gadać. Aż w końcu nadszedł moment, w którym z pracy zrezygnowałam z dnia na dzień. Dosłownie.

W idealnym momencie. Bo gdyby nastąpiło to tydzień później, to firma z którą ostatecznie nawiązałam współpracę, prawdopodobnie już by mnie nie potrzebowała. Gdybym we wrześniu ubiegłego roku się nie zwolniła, to być może teraz w okresie szalejącego wirusa straciłabym pracę. Tak czuję.

Dużym wyborem było przystąpienie do programu bodykey (kiedyś powiem trochę więcej o tym), mniejszym odpalenie stronki 5 kilo temu i luźna myśl, by spróbować jeszcze raz.

Dużą decyzją było rozpoczęcie randkowania z obecnym mężem, ale nie aż tak dużą wyjście tamtego dnia na dyskotekę.

Ja wiem, to wszystko brzmi jak przypadki (albo przeznaczenie!!). Przypadkowo poznałam męża na imprezie, przypadkowo wybraliśmy Manchester do życia, przypadkowo dostałam pracę w social mediach, przypadkowo poznałam przyjaciółkę w szkole.

Z jednej strony tak, z drugiej – myślę sobie – czy to wszystko przypadkowo by mnie spotkało, gdybym siedziała w domu i na ten przypadek czekała.

Nie wiem, tak sobie rozkminiam jakie te wszystkie sekundy, którymi dysponujemy są ważne. Uczę się powoli otwierać na to, co każda z nich może przynieść.