Z finansowego punktu widzenia w moim życiu bywało różnie. Były czasy, gdy, w przeliczeniu na koszty życia, zarabiałam sporo. Bywało też, gdy zarabiałam strasznie słabo i po odjęciu wszystkich wydatków, w kieszeni zostawało mi nie więcej niż 100 zł.

Niezależnie jednak od statusu finansowego, są trzy zasady, których oboje z mężem się trzymamy, by mieć pewność (albo głębokie przekonanie), że miesiąc zakończymy na plusie.

PROWADZIMY BUDŻET

Już sobie wyobrażam miny tych spontanicznych dusz, którym na myśl o planowaniu wydatków, do gardła podchodzi rosołek teściowej. Ja też z default u nie jestem typem analityka, który wszystko lubi mieć pod linijkę. Dalej nie wiem czy jestem, czy trochę udaję. Prawda jednak jest taka, że nie pamiętam jak to jest żyć bez budżetu.

Planujemy wycieczki, miesięczne stałe wydatki, analizujemy rachunki domowe, przewidujemy wydatki ekstra (jak wesela w ciągu roku, albo jakieś imprezy okolicznościowe) i oszczędzamy.

Świadomość naszej zdolności finansowej to niesamowity komfort. I ja bardzo polecam wiedzieć ile się ma przychodów i ile się miesięcznie wydaje. Bo tak na oko to się później okazuje, że gdzie te pieniędzy się podziali!

ODKŁADAMY

To poniekąd wywodzi się z pierwszego i już nawet o tym wspomniałam, ale muszę potraktować ten punkt osobno. Odkładamy, czyli jeśli zarabiamy 5k miesięczne i po odjęciu wszystkich kosztów zostaje nam śliczne 3k, to nie kupujemy wakacji w szczyrku, tylko odkładamy.

I teraz żeby była jasność – nie chodzi mi o to, by odkładać dosłownie wszystko. Jestem daleka od takich insynuacji. Ja wierzę, że jeśli odłożyć z tych 3 tysięcy choćby tysiąc, to już jest świetnie. Chodzi o to, by ta kwota była na tyle duża, żeby poczuć że coś odkładamy, ale też nie tak wielka, by nie móc się cieszyć życiem.

W końcu żyjemy tu i teraz, a nie po to by żyć później. Idealnie by było żyć teraz i później. I to jest nasza dewiza.

Mówi się też, że powinniśmy mieć tyle oszczędności, żeby w razie utraty pracy, móc normalnie funkcjonować przez następnych 6 miesięcy. To tak dodaję w razie czego.

NIE STAĆ, NIE KUPUJĘ

No I ostatnie – nie stać mnie, nie kupuję. Nie stać mnie na najnowszego ajfona, ale sieci komórkowe oferują go za 200 zł miesięcznie w abonamencie na 3 lata? Nie kupuję. To jest tylko rzecz. Rzecz, która po kilku tygodniach albo miesiącach się znudzi, a koszt jego utrzymania będziemy płacić jeszcze kilka lat.

Nie stać mnie na nowy komputer, ale nie mam kasy – nie pożyczam od szwagra i go nie kupuję. Proste. To są tylko rzeczy. Skoro dziś mnie na nie nie stać, to czekam aż będzie mnie stać albo kupuję tańszy. Ja wiem, że to nic fajnego. Ja od roku choruję na maca i też go nie kupię. Bo nie mam kasy.

Ostatecznie zawsze można pomyśleć o sposobach zwiększenia miesięcznych wpływów na konto.

No I tyle. Serio, to są jedyne trzy zasady, których od lat się trzymamy. Zdaję sobie sprawę, że wielu z was ma naprawdę bardzo trudną sytuację finansową i że jakiekolwiek odkładanie nie wchodzi w grę. Absolutnie nie chcę by ten tekst brzmiał jak jakaś instrukcja obsługi życia. To, co chcę powiedzieć to że w moim i mojego męża życiu te zasady bardzo się sprawdzają.