Z poczuciem wstydu zaczynam pisanie tego tekstu. Po pierwsze dlatego, że diety i ja oraz ćwiczenia i ja to dwa przeciwległe bieguny. Po drugie dlatego, że tyle razy siebie zawodziłam, że aż mnie mdli na samą myśl, że zrobię to po raz kolejny. A zrobię.

I was dodaję jako świadków.

Piszę ten tekst 16 czerwca 2020. Opublikuję go na blogu w dwóch możliwych terminach 1) nigdy 2) za jakieś dwa miesiące.
Za dwa miesiące nie tylko dlatego, że taki jest termin oczekiwania (aktualnie mam 13 zaplanowanych postów, hellooo!), ale również dlatego, że to będzie realny czas by ocenić czy odchudzanie podejście 197 zadziałało, czy nie rzuciłam jednak tego wszystkiego w pizdu.

Nigdy nie powiem wam ile ważę zaczynając podejście 197. Będę operować tylko na tym, jakie zmiany zaszły. O ile w ogóle będę zdradzała takie szczegóły. Nie chcę tworzyć kolejnego #szerokadupawaskalawa projektu. Nie o to tu chodzi.

No więc Odchudzanie. Podejście 197 zaczęłam inaczej niż zwykle. Bez decyzji. Na początku pobrałam aplikację “workout for woman”, z którą codziennie od poniedziałku do piątku ćwiczę już półtorej miesiąca. W międzyczasie (a więc jakieś trzy tygodnie temu) mąż podczas rozmowy o jedzeniu nawiązał do bodykey, puentując: ej, a może byśmy oboje sprobowali wejść na bodykey? Z tego co pamiętam to te przepisy były fajne i ja sam chętnie bym ich spróbował.

Jeśli to była jego strategia odchudzenia mnie, to jest geniuszem!

Ok, bo pewnie nawet nie wiesz co to te bodykey. Bodykey to program odchudzający należący do firmy Amway, do którego przystąpiłam jakieś 6 lat temu. A mówiąc przystąpiłam oczywiście mam na myśli: wydałam w chuj kasy (1.5k) na to, żeby sprawdzić co determinuje moje tycie. Czy jest to obżeranie się słodyczami, czy tłuszczem. Ta kwestia oceniana była na podstawie badań DNA.

Photo by Margarita Zueva on Unsplash

I teraz, jeśli są tu jacyś totalni fanatycy dietetyczny, czy jak was tam zwał – jeśli masz ochotę mi napisać, że nie ma czegoś takiego jak ocenienie takich spraw na podstawie DNA, to ja mam jedną sugestię: oszczędź tego sobie.

Totalnie mi to wisi. Zapłaciłam 6 lat temu, schudłam wtedy jakieś 7.5kg, po tem przytyłam drugie tyle. Teraz mam sobie do użytku platformę i serio nie interesuje mnie czy te badania to jeden wielki fejk czy też nie. Mam platformę to sobie z niej korzystam.

No więc poza tym, że bodykey powiedział, że moim najgorszym wrogiem są tłuszcze, udostępnił mi też platformę, na której ustalam sobie codzienną dietę i korzystam z treningów.

Jeśli chodzi o to drugie – to aktualnie treningi z bodykey sobie odpuściłam. Z diet natomiast od prawie trzech tygodni oboje z mężem korzystamy. Dodatkowo, co uatrakcyjnia cały ten proces, do planu diety dodaliśmy własne przepisy, dzięki czemu to wszystko trochę bardziej przypomina styl życia, a mniej dietę.

Kiedyś więcej napiszę o samym bodykey, bo mam z tą platformą love hate relationship, dodatkowo nie chcę, żeby ten tekst ciągnął się jak makaron.

Podsumowując tylko – mija trzeci tydzień 197 podejścia do odchudzania. Na liczniku zmienia się tyle, że w sumie sama nie wiem, ale generalnie waga waha się 2kg na minus. Więc to plus. I tyle no. Nie mam żadnych oczekiwań, ani celów. Nie traktuję tego jako diety, choć bardzo chciałabym zgubić dużo kilogramów.


W chwili publikacji ważę około 10 kg mniej niż w maju (kiedy zaczęłam odchudzanie 197).


Może właście ten mindset powoduje, że to działa?

Mąż któregoś razu na widok mnie ćwiczącej, powiedział: nie mogę uwierzyć, że ciągle ćwiczysz. A potem dodał: a może to jest właśnie sposób na ciebie? Jeśli masz postanowienie, że ćwiczysz codziennie, to codziennie wiesz, że musisz poćwiczyć. Wcześniej jak miałaś 3 razy w tygodniu ćwiczenia, to wszystkie trzy przekładałaś na piątek, sobotę i niedzielę. Teraz nie masz takiej możliwości.

Może coś w tym jest. Jak to mówi einstein: Czystą głupotą jest robić ciągle to samo i oczekiwać innych rezultatów. Więc zrobiłam to wszystko inaczej. Let’s see how magic starts…

Photo by Jordan Heath on Unsplash