Nie wiem kiedy. Pewnie jakoś systematycznie. Może trochę przez wyjazd za granicę i poczucie odseparowania od wielu spraw i ludzi. Może to wiek i doświadczenie życiowe. Nie wiem. Porównując siebie dzisiejszą i tą sprzed kilku lat zauważam jak wiele rzeczy mi dzisiaj fruwa.

Przestało mi zależeć na tym, żeby oddawać się pracy w 150%.

Kiedyś tak było, wracałam do domu i robiłam nadgodziny, albo logowałam się do serwisów pracowych w weekendy i napierdzielałam. Albo za wszelką cenę starałam się przekonać przełożonych do pomysłów, w które wierzyłam.

Dzisiaj tak nie mam. Robię tyle ile trzeba, nie zasuwam nadgodzin, bo bardziej cenię sobie czas wolny. Nawet jeśli jest to serial na netflixie. Poza tym wielokrotnie tych nadgodzin nikt absolutnie nie docenił.

Nie próbuję na siłę bronić swoich pomysłów w pracy, bo firma to organizm, który CAŁY musi chcieć zmian i jeśli tylko jedna osoba jest takimi perspektywami zajarana, to jedyne co się zmieni to poziom jej frustracji. Ja nie lubię frustracji, lubię spokój. Proponuję pomysły, ale się do nich emocjonalnie nie przywiązuję.

Photo by Thought Catalog on Unsplash

Przestało mi zależeć na relacjach z ludźmi w 100% skupionymi na sobie.

Oczywiście naturalnie w życiu jest tak, że z czasem odcinamy się od niektórych znajomych. Bo nam się drogi rozjechały – bo ktoś żyje pampersami, a ktoś inny imprezami. Czasem tak bywa. Ale myślę sobie, że dopóki jest zainteresowanie między dwojgiem ludzi sobą nawzajem, dopóty można te relacje ciągnąć. To nic, że oboje nie śpią po nocach z totalnie różnych powodów.

Ja o takie relacje dbam. Nie dbam o te, kiedy rozmówca nie wykazuje żadnego zainteresowania mną. I jedynym o czym gadamy jest jej życie. Gdy potem rzucam krótko jakiegoś newsa, a druga strona odpowiada ‘fajnie’, ale w najmniejszym stopniu nie wykazuje dalszego zainteresowania, to ja takich relacji nie potrzebuje.

Przestaje mi zależeć na tym, co ktoś myśli o moim wyglądzie.

Strasznie się martwiłam swego czasu tym, że przytyłam i że pewnie wszyscy to widzą i sobie myślą, że jestem grubą świnią, która w tej Anglii obżera się serem i fastfoodami. W Anglii czuję się totalnie na luzie – wychodzę z domu bez makijażu, w szerokiej bluzie i niepasujących adidasach. Przytyję to przytyję, schudnę to schudnę. Natomiast za każdym razem jak myślę o przyjeździe do Polski to mi się włącza ta sraczka, żeby dobrze wyglądać, żeby ukryć pod ciuchem nadprogramowe kilosy.

Kiedyś wrzuciłam zdjęcie siostry na IG i znajoma pomyślała, że to ja – bo podobne. Gdy powiedziałam, że to siostra, odpowiedziała: że geny nie kłamią i że jeśli zechcę to mogę być taka szczupła jak ona. Strasznie mnie to zabolało (wkurwiło!), bo to właśnie cali my – tak skupieni na wyglądzie. Nie ważne że jesteś szczęśliwa, że się spełniasz zawodowo i rodzinnie. Nie kurwa – najważniejsze jest to, jak wyglądasz na fotach. I trzeba to powiedzieć koniecznie.

No i kończąc – zaczynam mieć gdzieś co inni myślą na temat mojego intelektu.

Jak czegoś nie rozumiem, to mówię że nie rozumiem, a nie siedzę cicho martwiąc się, że może powinnam to wiedzieć, bo głupio. Srał to pies.