Nie wiem gdzie się podział ten rok. Mam wrażenie jakby ktoś klikną fast forward w okolicach marca. Wszystko to, co dzieje się wokół wirusa to jakiś straszny sen, mam już ogromną potrzebę się z niego wybudzić. Czy ktoś może mnie szturchnąć, ja z reguły mam lekki sen, więc delikatne szturchnięcie powinno załatwić sprawę. Ewentualnie jeśli to nie pomoże, to zatkaj mi nos.

Uduś w cholerę!

Teoretycznie to wszystko nie dotyka mnie bezpośrednio – z pracą ok, specjalnie towarzyska nie jestem, więc nie tęsknię za wyjściami ze znajomymi, czy nocnym życiem. Sporo też dzięki temu oszczędzamy. (We wszystkim trzeba widzieć plusy, nie?)

Niemniej jednak czuję jakbym w żołądku zaciśniętą miała jakąś wielką pięść, która nieustająco przypomina mi o strachu.

Kojarzysz to może? Ja na studiach miałam podobne uczucia – z jednej strony oglądasz sobie jakiś program w tv, a z tyłu głowy krąży ta myśl, że nie ma co się cieszyć, bo kolokwium za dwa dni, a ty nic nie umiesz.
Taka przypominajka okrutna.

To tak się często czuję teraz – z jednej strony spoko, bo wszyscy zdrowi póki co, z drugiej strach o to co będzie. O to, co to wszystko w dłuższej perspektywie zmieni.

O to, że ludzie coraz bardziej mają wszystko w dupie. Że coraz większe obozy ludzi nie wierzą w wirusa, bo cytując: “nie jest dla ciebie podejrzane, że nikt nie zna osobiście nikogo ze stwierdzonym wirusem?” Hmm… nie. W Polsce mamy ok 37 mln ludzi, z których ok 120 tys. miało stwierdzonego wirusa. To jest 0.32%. To nawet nie jest PROCENT. Nawet nie pół procenta. Więc nie, nie dziwi mnie to. Czy wierzę, że wirus jest wykorzystywany do finansowych celów? Pewnie, że wierzę.

Tylko ja do wirusa podchodzę jak Pascal do wiary w Boga – zakładam, że jest. Bo jeśli go nie ma, a ja wierzyłam że jest, to poza wiarą w system i ludzi, nie tracę właściwie nic. Ale jeśli założę, że go nie ma – tak będę też funkcjonowała, a potem okaże się, że wirus jest, to mogę stracić wszystko.

Oczywiście trochę to upraszczam, bo oczywiście nie wierzę w teorie, że wirus został wymyślony i tak naprawdę go nie ma.

Dobra, dość o wirusie bo ile można…?

Z innych rzeczy to zaczęłam właśnie oglądać serial Episodes – w jedno południe wciągnęłam niemal cały pierwszy sezon i chcę więcej! To serial o małżeństwie scenarzystów, którzy odebrawszy nagrodę BAFTA, dostają propozycję nakręcenia remake w stanach. W roli głównej niemal zmuszeni zostają obsadzić pana Matta LeBlanca we własnej osobie. Wcześniej też – niemal natychmiast – wciągnęłam polecony przez koleżankę serial Ratched – baaardzo dobry!!

Ratched 2020

A skoro przy serialach jesteśmy to polecam jeszcze Nawiedzony Dwór w Bly (tego samego twórcy, który dwa lata temu wyprodukował Nawiedzony dom na wzgórzu). Coś rewelacyjnego, jeśli lubicie kino z dreszczykiem emocji (ja kocham!) Serial ma tylko 9 albo 10 odcinków i wszystkie wciągnęłam w jeden wieczór. Co prawda moja noc się przez to nieco skróciła, ale czego się nie robi dla dobrych produkcji. Trailer poniżej

Nawiedzony dwór w Bly 2020


Tak dla przypomnienia to na blogu pojawił się póki co jeden tekst w październiku – o tym, że jeśli będę potrzebowała to zatrudnię panią do pomocy. W tym miesiącu będzie jeszcze o kilku ulubionych produkcjach filmowych z lat 80. i 90. i o – moim zdaniem – najczęstszych powodach dla których nie emigrujemy. Poza tym twórczo trochę wysiadam więc boję się, że listopad będzie świecił pustkami… Jeśli jest tu ktoś, kto mnie regularnie czyta, może jest coś, co chciałabyś, żebym poruszyła? Napisz w komentarzu albo na urszula@okularnica.com – będę super wdzięczna 😉

Poza tym to trochę czytam, a trochę udaję biografię Robina Williamsa. Słyszałam, że jest fantastycznie napisana, ale jakoś nie mogę przebrać przez te początki, więc zwykle wygląda to tak, że po przeczytaniu kilku stron odkładam ją na półkę na kilka tygodni, a potem jak do niej wracam to za chiny nic nie pamiętam, więc muszę czytać jeszcze raz. Trochę bez sensu, wiem. Obok biografii Wiliamsa mam tam jeszcze „Tam mieszkam” – podarowaną przez przyjaciółkę o życiu Polaków za granicami kraju i ślepnąc od świateł. Trochę to sobie przeplatam. Wcześniej – dosłownie w kilka godzin – pochłonęłam Każdego Szkoda Julii Oleś – doskonałe to jest, naprawdę!

Tyle jeśli chodzi o pieszczoty intelektualne, których sobie dostarczam. Mniej intelektualne, ale wciąż pieszczoty to gra Dead by Daylight na telefon (uwielbiam!!!) i Beat Saber na VR – to jest dopiero sztosik! No ale co ci będę…

No, nie mam nic więcej ciekawego do powiedzenia. Chyba idę spać… Siemandero 320!