Kolekcjonuję wspomnienia. Jeśli coś w życiu robię dobrze, to właśnie to. Od zawsze tak było – pisałam pamiętniki. Wylewałam żale bo ktoś mnie zawiódł, bo się zakochałam, bo ktoś mnie rzucił, bo kogoś rzuciłam ja. Bo coś zrobiłam dobrze albo bo coś jak zwykle zjebałam.

Kupiłam przyjaciółce w prezencie ślubnym 50 pierwszych rocznic od wspaniałej drużyny B. I co? I zaiwaniłam sobie, tłumacząc że ona przecież tego nie zrozumie. Że nie doceni i pewnie rzuci gdzieś w kąt już po pierwszej rocznicy. Jeśli nie od razu.

Ja to nie… będę wypełniać. Będę o to dbać.

Gdy zajdę w ciążę, skrupulatnie sobie wybiorę najcudowniejszą książkę, w której będę mogła wszystko zapisywać – datę pierwszego ząbka, pierwszy uśmiech i wszystkie te ważne dla matki i ojca momenty. Wszystkie spiszę! Jeśli ktoś z mojej rodziny, czy przyjaciół właśnie to czyta to za wczasu mówię: broń cię Panie Boże kupować mi takie rzeczy. Ja sama muszę! 😉

Zapisuję wspomnienia, bo uwielbiam do wspomnień wracać. Gdy czytam słowa napisane przed laty, w moment przypominają mi się uczucia, emocje i okoliczności pisania tamtych słów. Nierzadko czytając swoje teksty, się wzruszam. Nie dlatego, że są jakieś wybitne. Dlatego, że potrafię przypomnieć sobie TAMTĄ siebie. Tę, która tamte słowa pisała. I czuję ją.

Dlatego piszę dziś, że w nadchodzące święta, bardziej niż kiedykolwiek, potrzebuję bliskości. Piszę, żeby pamiętać. I wracać.

Photo by Calista Tee on Unsplash

Każdy z nas ma własne związane z covidem historie. Jedni być może, gdyby nie przypominał o tym dosłownie każdy, łącznie z podwawelską w lodówce, by nie zarejestrował, że jest jakiś wirus. Ktoś inny w tym czasie stracił matkę, ojca, babcię, siostrę czy przyjaciela. Ktoś inny był tym, kogo ktoś inny stracił.

Oboje moi rodzice przechodzili covida w październiku. Najpierw tata, chwilę potem mama. Gdy któregoś sobotniego popołudnia zadzwoniła mama, mówiąc że tata jakoś ciężko kaszle, nie dałam rady rozmawiać. Momentalnie się rozwyłam. Potem dopadło mamę – jeśli już rozmawiałyśmy, to raczej szeptem, bo gdy tylko chciała coś powiedzieć normalnie, od razu zanosiła się kaszlem. Strasznie się bałam, zwłaszcza że co chwilę słyszałam, że astmatycy są w grupie największego ryzyka. W tym przypadku moja mama.

Choć było trudno – pewnie sama do końca nie wiem JAK trudno – oboje wyzdrowieli. Niemniej jednak był to okropnie stresujący dla nas wszystkich czas. Dla mnie i, rozjechanego wszędzie, tylko nie w Polsce, rodzeństwa. Dla rodziców (obviously!).

W tym roku – wyjątkowo – tylko ja z mężem jadę do Polski na święta. I na samą myśl chce mi się ryczeć. Nie umiem sobie tego wyobrazić. Jak to, to tata będzie czytał Pismo św. i nie będzie mojego rodzeństwa, żeby się z niego pośmiać trochę? Jak co roku. A co z prezentami i całym tym oczekiwaniem. No i kto przystroi choinkę, jak nie Ania? No zupełnie to wszystko pokręcone.

Jednocześnie dziękuję Bogu za to, że Jego narodziny świętujemy w komplecie. I że i tak – niezależnie od wszystkiego – jesteśmy szczęściarzami.

Wszystkim tym, którzy z różnych powodów nie mogą być w tym czasie z rodziną… przytulam was każdego z osobna i naprawdę współczuję.
Teraz, bardziej niż kiedykolwiek, rozumiem że święta to bliskość. Bez niej wszystko jest do bani.