Piszę ten tekst będąc w Polsce. Jest środa, godzina 22.35, choć nieustannie zerkając myślę sobie, że w Anglii jest godzinę wcześniej… Jeszcze tyle do zrobienia!

W Anglii generalnie wszystko zaczyna i kończy się odrobinę później. Kończę pracę przed 18, więc 21.30 to niemal początek dnia – czas na książkę, beat cyber (którego pieszczotliwie nazywam sajberkiem), film i relaks.

Jestem więc w Polsce. Oglądam Dirty Dancing – właśnie leci ich seksowny taniec… przepraszam na chwilę…

Ach, co za emocje! Zupełnie nie jak na grzybach!

No więc na czym to ja skończyłam?

Aha! Jestem w Polsce, oglądam Dirty Dancing, zjadłam całe opakowanie gum mentos o smaku tropikalnym. Za chwilę pewnie wskoczę do łóżka i poczytam chwilę o Idiotkach Asi Okuniewskiej. Czas leci bardzo szybko, lada chwila będę siedziała w samolocie do Wielkiej Brytanii i zastanawiała się czego tym razem zapomniałam spakować.

Niewątpliwie jednak spakuję coś, co przy odprawie wzbudzi podejrzenia pracujących tam ludzi i postanowią przeszukać mój plecak. Nawet mnie to już nie dziwi.

W Anglii – wg aktualnych ustaleń – będziemy musieli poddać się dwutygodniowej kwarantannie. A po tym prawdopodobnie wrócę już na stałe do pracy stacjonarnej. Trochę szkoda – jak kończysz pracę o 17.45, a w domu jesteś godzinę później, to serio masz z czasem wrażenie, że żyjesz tylko po to, żeby pracować. Dlatego tak bardzo doceniam weekendy!

Z drugiej strony fajnie – mam w robocie spoko ludzi i miło będzie tam wrócić. Poza tym dzień powoli się wydłuża, więc niedługo koło 18 wcale nie będzie ciemno. To mnie pociesza.

No i 9 miesięcy przepracowałam niemal w całości zdalnie. To sporo. Bardzo to doceniam.

Jutro Sylwestra. Czwarte odkąd wyemigrowaliśmy. Pamiętam poprzednie. Pierwsze szczególnie, spędziłam je u przyjaciółki na domówce. Wszyscy – nawet laska, którą widziałam po raz pierwszy w życiu życzyli nam, byśmy już wracali z tej Anglii.

Strasznie ciężko zniosłam powrót do UK. Wyłam całą drogę powrotną i później jeszcze trochę popłakiwałam w poduszkę. Pamiętam, że żaliłam się siostrze, która wówczas emigrantką była od prawe 5 lat. Mówiła, że mi współczuje, że rozumie przez co przechodzę… i że to minie. Miała rację. Jak zwykle zresztą.

Tęsknota dziś jest trochę mniejsza. Właściwie to po tygodniu pobytu w kraju trochę zaczyna mi brakować Anglii – mieszkania, rutyny, poczucia że jestem u siebie.

No więc jutro Sylwestra. Spędzę go mężem i rodzicami. Może zrobimy jakieś drineczki, zapalimy zimne ognie, zjemy tatara, a o 24 popatrzymy w niebo, życząc sobie żeby kolejny rok był lepszy.

I żeby przyniósł odrobinę magii.