Trudno mi się pisze o kwestiach związanych z ciałem. Ba! Trudno mi się o tym myśli. Przez wiele lat nie wchodziłam na wagę przerażona tym, co mogę zobaczyć. W sklepowych przymierzalniach załatwiałam sprawę raz dwa przekonując siebie i innych, że od razu wiem co mi się podoba. Tak naprawdę nie mogłam patrzeć na własne odbicie za długo, bo mnie to totalnie smuciło.

Aż pojawił się taki dzień, pamiętam go dokładnie, gdy pracowałam z łóżka w swojej sypialni i mój mąż spontanicznie mnie nagrał. Później wzięłam do ręki telefon, odtworzyłam filmik i wybuchłam płaczem. Nie wierzyłam, że naprawdę tak wyglądam.

Nie był to dzień, w którym podjęłam decyzję o odchudzaniu. W sensie nie pamiętam, żebym po tej sytuacji zaczęła coś zmieniać, już o tym pisałam, że w odchudzaniu, które (mam nadzieję, że gdy to czytasz) wciąż trwa nie było jasnej decyzji. Ot po prostu jakoś się zaczęło, tak zupełnie bez planu i z dnia na dzień.

Wtedy, na tamtym filmiku, ważyłam niewiele ponad 90kg. Gdy piszę ten tekst moja waga waha się między 76 a 78kg i po raz pierwszy od lat chętnie na siebie patrzę. Cieszy mnie to, co widzę w odbiciu. Czuję, że ktoś mi oddał moje ciało.

Nigdy nie należałam do otyłych dziewczyn, nie pamietam też bym kiedykolwiek zmagała się z widoczną nadwagą. Nawet tych kilka miesięcy temu, mimo że 90kg to naprawdę dużo, nie wyglądałam na 90kg. Przynajmniej nie tak, jak 90-cio kilogramowe dziewczyny sobie wyobrażam. Może właśnie dlatego, że zawsze byłam szczupła łamane na normalna, to wzięłam taki stan rzeczy za gwarant.

W końcu kiedyś też jadłam fast foody, więc i tym razem mogę – nie zaszkodzi mi to.

Tyłam systematycznie i konsekwentnie dochodząc do takiego momentu, w którym rezygnacja ze słodyczy – celem zrzucenia kilku nadprogramowych kilogramów – czy ćwiczenia z Chodakowską nie pomagały. Wkurwiały jedynie, bo nigdy nie lubiłam ćwiczyć, a za słodyczami tęskniłam tak, że mi serce krwawiło niemal.
Nic, co ileś lat temu robiłam i działało, tym razem jakoś nie chciało.
No i ta piekielna determinacja. Nie mogłam jej w sobie znaleźć.

Photo by Mickael Gresset on Unsplash

Wczoraj po raz pierwszy od miesiąca weszłam na wagę. Mimo folgowania w Polsce i jednak dość luźnego podejścia do jedzenia – z wyłączeniem słodyczy i fastfoodów, których nie jadłam od wielu miesięcy – moja waga stoi w miejscu.

Fastfoodów – choć je uwielbiam – poza wyjątkowymi sytuacjami (gdy ciemno, głodno i do domu daleko) nie zjem. Ze słodyczami mam taki układ, że jem tylko to, co jest naprawdę warte grzechu (w myśl zasady, że jak kochać księcia, a jak kraść to miliony). I jak patrzę na tego pączka w cukierni, zadaje sobie pytanie: czy gdybym teraz ze wszystkich słodyczy mogła zjeść jedną rzecz, to czy byłby tą rzeczą leżący przede mną pączek i jeśli odpowiedź jest inna niż tak, to nie kupuję.

Okazuje się, że jest totalnie mało słodyczy, które naprawdę chciałabym zjeść. A jeszcze rok temu ciastko lądowało w mojej buzi niemal po każdym zakończonym posiłku. Jak widać można żyć bez powietrza… tfu słodyczy.

Nie potrafiłam się zaakceptować będąc większa. Szalenie podziwiam dziewczyny, które do swojego ciała mają podejście bardzo neutralne – nie skupiają się na nim, nie zaczynają każdego zdania od: przytyłam i ojej wyglądam jak wieloryb, ani też patrząc za zdjęcie siebie w otoczeniu 10 innych osób, ich myśli nie są zaprzątane tym, że pewnie każdy z nich widzi wieloryba zamiast nich.

Może kiedyś też tam będę.